Warszawa miała dzielnice jakże pięknie opisane w wielu książkach. O wielu tych księgach często wiemy mało, bo niektóre opisywały Warszawę żydowską, Warszawę synagog, Warszawę innych kultur i religii.
Właśnie ta różnorodność kulturowa miasta położonego na przecięciu szlaków handlowych z północy na południe, ze wschodu na zachód i wielkiego szlaku zbożowego i drewnianego, jakim była Wisła, dawała mu z roku na rok wielki impuls do rozkwitu.
Reklama
Reklama
Maszty z sosen
mazowieckich
Wszak to właśnie przez Warszawę płynęły barki ze zbożem z dalekich kresów, ze spichlerza Europy, czyli dalekich Dzikich Pól (dzisiejszej Ukrainy). To zboże przez Gdańsk docierało do Europy, która miała właśnie z tej części kontynentu największe dostawy żywności. Europa płaciła zlotem, często tym ściąganym z odkrywanych lądów. Do tych odkrytych lądów potrzeba było jakoś dotrzeć. Europa potrzebowała drewna na statki.
To przez Warszawę dzień w dzień płynęły Wisłą wielkie ciągnione przez flisaków transporty drewna, bo właśnie drewno z Rzeczpospolitej było najbardziej cenionym materiałem do budowy statków. Maszty robiono z sosen, które docierały do europejskich stoczni znad Bugu - Bugiem i Wisłą. A ponoć właśnie maszty z sosen mazowieckich i podlaskich miały wszystkie statki i okręty wielkich flotylli, które odkrywały nowe lądy i toczyły boje na oceanach.
Ratusz Grzybowa utrwalony przez Zygmunta Vogla. Tak wyglądały początki wielu obecnie centralnych części miasta
Foto: mat. arch.
Warszawa korzystała na handlu w dwójnasób - bogaciła się i przyciągała nowych mieszkańców z Europy i świata. Nowych, którzy przynosili ze sobą odmienne kultury, inne religie. Wielu z nich wyjeżdżało z Europy im nieprzyjaznej. Wielu znajdowało tu nad Wisłą zdecydowanie przyjaźniejszy klimat dla siebie i swoich bliskich. Tu się więc osiedlali i aklimatyzowali na wieki.
Reklama
Reklama
Reklama
I tak przez lata powstawały nowe części centrum miasta, nowe okoliczne osiedla, które wciąż coraz bardziej były wsysane przez miasto przeradzając się później w nowe dzielnice.
Kraina dziwnych pagórków
Ta Warszawa wielu innych kultur i religii, Warszawa synagog właściwie nie istnieje. Odbudowano pieczołowicie tę na Twardej, ale dziesiątki innych znikły nie tylko z mapy, nie tylko z powierzchni miasta, ale tak naprawdę wymazane zostały z historii Miasta.
Pole ruin z zachowanym jednym kościołem na środku. To morze ruin zostało zabudowane po II wojnie nową dzielnicą mieszkaniową nazwaną Muranowem.
Foto: mat. arch.
Bo to było miasto tętniące życiem i gwarem, miasto żydowskie w okolicach Nalewek, Nowolipek i wielu innych ulic dawnej Dzielnicy Północnej. Tej części miasta, która została w czasie II wojny zamieniona na warszawskie Getto. Później po powstaniu w warszawskim getcie w kwietniu i maju 1943 roku - zmiecione z powierzchni ziemi. Zmiecione dosłownie, choć właściwie rzec można bardziej zgniecione.
Zostało najbardziej znane ze zdjęć - pole ruin z zachowanym jednym kościołem na środku. To morze ruin zostało zabudowane po II wojnie nową dzielnicą mieszkaniową nazwaną Muranowem. Postawioną na niewywiezionych usypiskach gruzów po mieście zlikwidowanym. Dziś nie tylko turyści, ale i mieszkańcy stolicy nie wiedzą, choć czasem pytają, czym są te dziwne pagórki, na których stoją domy muranowskie. Teren, który zaledwie kilka lat temu został objęty archeologiczną opieką konserwatorską.
Na placu Bankowym stoi dziś wielki Błękitny wieżowiec. Wpisany w Plac Bankowy, wieżowiec, który ma swoją historię, bowiem budowano go wiele dziesiątków lat. Wielu znawców tematu mówiło, że ciąży na nim klątwa, mówiono, że klątwa rabinów, że to ziemia przeklęta. Mówiono tak, dlatego, iż wieżowiec ten stoi na miejscu wielkiej synagogi zniszczonej przez Niemców już po likwidacji powstania w warszawskim getcie.
Dla Niemców wysadzenie Wielkiej Synagogi na Tłomackim w maju 1943 roku było symbolicznym aktem mającym zamknąć historię Żydów żyjących w Warszawie. Obok ostała się Centralna Biblioteka Judaistyczna, która ma w hallu ślady pożaru – ślady spalenia marmurów tam leżących. Bardzo symboliczne i niezwykle przemawiające.
W połowie lat 60. XX wieku przy ówczesnhm Placu Dzierżyńskiego rozpoczęła się budowa wysokościowego biurowca znanego obecnia jak Błękitny Wieżowiec.
Foto: mat. arch.
Niedaleko Tłomackiego, bo na dzisiejszym placu Piłsudskiego. W sercu miasta stała wielka Cerkiew postawiona przez jednego z carów w XIX wieku i zburzona po odzyskaniu Niepodległości w pierwszej połowie lat 20 XX wieku. To właśnie na jej miejscu stał ołtarz, z którego w 1979 roku do zgromadzonych na placu wówczas Zwycięstwa wiernych i niewiernych Jan Paweł II wygłosił w czasie pierwszej do Polski pielgrzymki znamienne słowa: „Niech stąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi!”.
Zaledwie po dziesięciu latach zmieniła się ta ziemia, bo zmiany, jakie zaszły pozwoliły przywrócić chociażby historię innych. Bo nie Niemcom, którzy głośno o tym mówili, że chcą zetrzeć Warszawę z powierzchni świata i wymazać z historii. To komunistycznej władzy omal nie udało się dokonać wymazania historii wielu kultur i religii będących przed laty symbolami Warszawy.
Znamienne, że historia polskich Żydów tak skrzętnie ukrywana i całkiem zmieciona z umysłów po 1968 roku, zaczęła się odradzać w 40-lecie powstania w warszawskim getcie, czyli w 1983 roku jeszcze w ciemnym okresie stanu wojennego. Odradzać, bo była historią wymazaną. A w dziejach narodów nic tak nie boli i nie kłuje, jak świadomość o tym, że się nie wie, co się działo kiedyś. Stąd też w efekcie przekłamywanie, inne pojmowanie historii, niż nakazywałaby to rzeczywistość historyczna.
Dopiero po zmianach ustrojowych 1989 roku nagle okazało się, że w Polsce i w Warszawie są setki tysięcy prawosławnych, a cerkiew, która stoi na Pradze jest centrum warszawskiego kultu prawosławnych. Choć po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku i przyjęciu milionów uchodźców stamtąd, centrum modlitewnym stał się też kościół na Miodowej.
Obok praskiej cerkwi stał do niedawna pomnik oficjalnie zwany pomnikiem braterstwa broni, zaś na co dzień - trzech walczących, czterech śpiących.
Foto: fotopolska
Obok praskiej cerkwi stał do niedawna pomnik oficjalnie zwany pomnikiem braterstwa broni, zaś na co dzień - trzech walczących, czterech śpiących. Dla mnie likwidacja tego pomnika była i jest błędem. On bowiem dobitnie pokazywał, jak wyglądała sytuacja w Warszawie w sierpniu, we wrześniu 1944 roku. Kiedy to żołnierze Berlinga starali się przedrzeć do walczącego Miasta, a pozostali czerwonoarmiści stali i patrzyli. Tak jak na pomniku, który dziś gdzieś zalega w magazynach.
Reklama
Reklama
Miasto bez centrum, miasto
bez ducha?
Niedawno zbór ewangelicki odzyskiwać zaczął swój pełen blask. Położony tuż obok warszawskiej Zachęty, znany jako kościół o największej kopule, będący miejscem spotkań ekumenicznych, był i jest miejscem, w którym w Warszawie można słuchać wspaniałych koncertów i delektować się niezwykła akustyką. Kościół na Placu Małachowskiego też miejscem spotkania katolickiego papieża Benedykta XVI z ludźmi innych wyznań, z innowiercami.
Dziś wielu nowych mieszkańców Warszawy zarzuca się mojemu miastu, że nie ma ducha, bo nie ma centrum, bo jest rozproszone na wielkiej połaci, jest długie, bo nowe dzielnice odwróciły się od Starego Miasta i od Wisły. Trochę mają rację.
Kościół pw. Świętej Trójcy położony tuż obok warszawskiej Zachęty, znany jako kościół o największej kopule, będący miejscem spotkań ekumenicznych
Foto: mat. pras.
Warszawa nie ma jak chociażby Kraków ścisłego starego centrum i odchodzących od niego dzielnic z XIX-wieczną zabudową, jakże przyjazną życiu miast. Ale od lat władze warszawskie, ku niezadowoleniu wielu, a uciesze jeszcze większej części Warszawiaków, tworzą nowe centrum. Bo takim miejscem staje się Chmielna, Plac Pięciu rogów, były plac Defilad, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Marszałkowska.
Oczywiście Warszawa jest skaleczona. Jestem pewien, że gdyby nie zniszczenia II wojny, zniszczenia dokonane przez Niemców w czasie i po likwidacji powstania w warszawskim Getcie, gdyby nie dalsze zniszczenia poczynione konsekwentnie przez nich w czasie i po Powstaniu Warszawskim, kiedy to dalej kontynuowano barbarzyńskie dzieło i krok po kroku, bardziej dom po domu palono warszawskie kamienice i niszczono ulice, to miasto, by żyło startymi swoimi dzielnicami, ulicami wąskimi i klimatem.
Reklama
Reklama
Cegły z ziem odzyskanych
Jednak te zniszczenia szły dalej. Nowa władza po 1945 roku odbudowywała Warszawę korzystając z pomocy całego kraju. Pamiętna akcja „Cały Naród odbudowuje swoją Stolicę” doprowadziła nie tylko do zbudowania nowych dzielnic miasta, zmiany jego układu przestrzennego, ale też i budowania domów z cegieł przywożonych z rozbieranych domów na ziemiach odzyskanych.
Akcja "Cały Naród odbudwouje sowją Stolicę" z perspektywy takich miast jak Wrocław (na zdjęciu) to przykłąd bezrozumnej dewastacji wielu obiektów historycznych
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jednocześnie z sumiennością godną poprzedników likwidowano stare domy, wypalone kamienice, na miejscu których stawiano najpierw ceglane domy (MDM), później nowoczesne betonowe blokowiska. I równie skrzętnie ukrywano wieże kościołów starając się stworzyć z miasta nowoczesne, ateistyczne centrum komunizmu. Myślę tu o ukryciu przez MDM wież i kościoła Zbawiciela i wielu innych.
Przed i po wojnie bito
pałami
Jednak stary duch się bronił. Miasta nie odtworzono. Nie zbudowano tego, co daje klimat wielu miastom europejskim - stare dzielnice, niekoniecznie te sprzed kilkuset lat, ale i może szczególnie te z XIX wieku, które stały wzdłuż wytyczonych ulic, tworzyły place, dzielnice, wśród których można było i handlować, i mieszkać, i szukać rozrywki, i guza.
To właśnie w tym mieście tuż przed powstaniem przeciwko carskim rosyjskim zaborcom w 1861 roku po jednej z demonstracji, kiedy policja carska zabiła demonstranta, który niósł krzyż, przechwycił go i niósł na czele pochodu młody żydowski robotnik, którego zastrzelono również.
To było dziwne miasto, które miało kościoły i cerkwie, które miało zbory i synagogi. W którym inteligencja polska była przemieszana z inteligencją spolonizowaną, w którym na przyjęciach w domach endeckich nie mogło nie być przedstawicieli inteligencji pochodzenia żydowskiego, bowiem... musiano mieć z kim dyskutować, móc się spierać i rozmawiać. Miasto żyło swymi kontrastami i niech czerpało soki do rozkwitu.
Trzydzieści lat później po dramacie Holokaustu ucznionego przez Niemców na żydowskich mieszkańcach miasta, milicja pobiła wszystkich studentów po równo
Foto: Instytu Pamięci Narodowej
Miasto żyło bitwami organizowanymi przez robotników różnych maści i wyznań na 1 maja, żyło handlem, ale i niszczeniem sklepów. To było dziwne miasto, w którym potrafiono na Uniwersytecie Warszawskim wprowadzić przed II Wojną światową getto ławkowe i numerus clausus, czyli określoną ilość miejsc dla młodzieży żydowskiej. A tych, którzy te zakazy endeckie łamali - młodzież z ONR-owskiej Falangi biła pałami i cięła żyletkami.
I na tym samym Uniwersytecie trzydzieści lat później, czyli już po dramacie Holokaustu przez Niemców zrobionego na mieszkańcach części tego miasta, milicja pobiła wszystkich studentów po równo. Jednak później władza komunistyczna doprowadziła do wyjazdu tysięcy ludzi z warszawskiej inteligencji, tylko dlatego, że pochodzili z rodzin żydowskich.
Jednak najbardziej brak jest zniszczonego miasta wielu kultur i religii. Miasta przed II wojny światowej, w którym kłębiły się tłumy żydowskich handlarzy i rzemieślników, polskich mieszkańców innych dzielnic miasta, ludzi z Kresów, którzy podziwiali wielość doznań i ciepło na ulicach. Ciepło i gorąco żyjącego miasta. Kipiącego i kłębiącego się. Ale może to dziś jest ten moment i ten czas, w którym powoli odżyje ten klimat miasta wielu kultur?
Może właśnie teraz jest czas na przyjaźniejsze otworzenie naszych oczu i naszego miasta na przybyszy ze wschodu, przybyszy z Ukrainy, przybyszy z dalekiego wschodu, którzy może na razie nie zamierzają się u nas osiedlać na stałe, ale swoimi zaangażowaniem w pracę, rzec można pozytywistyczną, przyczyniają się jak mało kto do ożywienia naszej Warszawy.
Może trzeba przyjąć, że klasyczne polskie danie, czyli uliczny kebab, jest symbolem
Foto: Adobe Stock
Może trzeba przyjąć, że klasyczne polskie danie, czyli uliczny kebab, jest symbolem i pozwoli podać wyciągniętą dłoń i otworzyć się na tych naszych gości, na których patrzymy często z wyższością, czasem politowaniem, czasem też z niechęcią.
Jakoś mamy kłopot z pamiętaniem tego, że nas na zachodzie, na rynkach w Turcji i nawet na budapeszteńskim dworcu na Węgrzech przyjmowano kiedyś z równie nie wielką chęcią i radością. A że Polak wie lepiej, to potrafił to przezwyciężyć. Tego doświadczali wszyscy wędrowcy z Polski w latach osiemdziesiątych szczególnie. Dziś warto, by ci, co pamiętają własne upokorzenia potrafili przybyszy uchronić przed upokorzeniami w naszym mieście. Ale zawsze jest tak, że tych nieprzyjemnych chwil pamiętać się nie chce, za to swoją wyższość okazywać łatwo.
Na warszawskim bruku
Dziś ducha starej Warszawy można jedynie szukać śladów w miejscach, gdzie jeszcze są stare kamienice, stare kamienie, czy stare bruki. I może należy wziąć przykład z Aleksandrii w Wirginii niedaleko od Waszyngtonu, gdzie zachowano ulice brukowane kocimi łbami z drugiej połowy XVIII, gdzie wolontariusze pilnują i opowiadają o tradycjach miasta i okolic. Na tych uliczkach z kocimi łbami postawione są tablice, by przechodzień pomyślał, że idzie po bruku z czasów Ojców Założycieli.
Warszawskie bruki na Chłodnej, Smoczej, Grzybowskiej są dziś na wagę złota, choć wielu kierowców na nie narzeka, to dla historii, ciągłości miasta są ważne i istotne
Foto: mat. pras.
Warszawskie bruki na Chłodnej, Smoczej, Grzybowskiej są dziś na wagę złota, choć wielu kierowców na nie narzeka, to dla historii, ciągłości miasta są ważne i istotne. Również te drobne fragmenty jak ten na Nowogrodzkiej przy bramie przy bramie Sanepidu. Przed laty chciano ten fragmencik starej Warszawy zastąpić kostką Bauma, ale interwencja u ówczesnego warszawskiego konserwatora Michała Borowskiego sprawiła, iż są do dziś. Prosiłyby się o wyrównanie ich, bo po jakowejś naprawie sieci telekomunikacyjnej, nie potrafiono bruku porządnie ułożyć. Prosiłoby się również o uzupełnienie takich miejsc tabliczkami przypominającymi, kiedy je położono i ile mają lat i jak w Aleksandrii, VA przypominającymi o tych bruków historii i o tym, by o tej historii wspominać przekraczając je.
Może więc doczekamy dnia, w którym najstarsze części miasta zaczniemy dopieszczać, zadbamy o ostańce, które kryją się nie tylko przy Waliców, czy Pradze, ale i w samym centrum Miasta w podwórkach koło Wilczej, Nowogrodzkiej, czy Poznańskiej. A dowodem na to, że tak może się stać i stać się musi, są nowoczesne centra kulturalno-towarzysko-knajpiane w starych fabrykach przekształconych w miejsca wysokiej i popularnej kultury, miejsca modne, czyli przyjazne.