26 listopada 1989 roku. Polski premier, polska oficjalna delegacja pierwszy raz od czasu dramatu zamordowania polskich oficerów, w miejscu ich pochówku.
Listopad 1989 roku splótł ze sobą dwa wydarzenia, których symbolika dziś także jest aż nadto czytelna. Najpierw w Warszawie padł pomnik krwawego oprawcy Feliksa Dzierżyńskiego a kilka dni potem polski premier Tadeusz Mazowiecki odwiedził groby pomordowanych przez Sowietów polskich oficerów w Katyniu.
W połowie listopada 1989 roku pracownicy warszawskiej Wojewódzkiej Dyrekcji Dróg Miejskich przystąpili do demontażu stojącego na placu Dzierżyńskiego pomnika Feliksa Dzierżyńskiego, przywódcy tajnej policji sowieckiej, współtwórcy sowieckiego terroru.
Reklama
Reklama
Za komuny uznawano go za wielkiego Polaka, jednego z twórców Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, która jak wiadomo wybuchła 7 listopada 1917 roku. Na moment demontażu pomnika czekali warszawiacy, czekali dziennikarze, fotoreporterzy i operatorzy telewizji z wielu krajów świata.
Powtórka
z geografii
Przypomnijmy – dwa miesiące wcześniej został przez Sejm wybrany premierem polskiego rządu Tadeusz Mazowiecki – pierwszy niekomunistyczny premier od II wojny światowej. Trzeba też jednak pamiętać, że wówczas jesienią 1989 roku Polska leżała wprawdzie w tym samym miejscu, co teraz, ale otaczali nas całkiem inni sąsiedzi: Niemiecka Republika Demokratyczna na zachodzie, na południu Czechosłowacja, na wschodzie i północy Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.
W 1989 roku mapa polityczna Europy Środkowej przedstawiała się zgoła inaczej. Rok później zaczęły się zmiany, pierwsza zniknęła NRD co widać na mapie
Foto: mat. pras.
A jeszcze bardziej na południu była Rumunia, której komunistyczny przewódca Ceausescu proponował bratnim komunistycznym przywódcom, zrobienie porządku w Polsce i – być może – najechanie nas, jak to się wydarzyło w Czechosłowacji 21 sierpnia 1968 roku. W Polsce stacjonowała ogromna grupa wojsk sowieckich, a milionowa armia sowiecka stacjonowała w NRD.
Reklama
Reklama
Reklama
Niewyobrażalny
entuzjazm
Drugiego dnia prac, 17 listopada 1989 roku sprawiająca wrażenie solidnego monumentu z brązu rzeźba krwawego Feliksa, została złapana liną za szyję spuszczoną z ustawionego dźwigu. Rzeźba po próbie podniesienia rozpadła się na trzy kawałki, bowiem okazało się, że był rzeźbą betonową. Największe wrażenie wywołała odpadająca od korpusu głowa Feliksa. Upadła na bruk, a reszta tułowia dyndała na linach. Entuzjazm widzów był niewyobrażalny. Zdjęcia z jakże symbolicznego upadku krwawego dyktatora obiegły świat, jego upadek i rozpad pokazywały telewizje na całym świecie.
Rzeźba Feliksa Dzierżyńskiego po próbie podniesienia rozpadła się na trzy kawałki, bowiem okazało się, że był rzeźbą betonową. Największe wrażenie wywołała odpadająca od korpusu głowa Feliksa.
Foto: UM Warszwa
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie osłupienie i delikatnie mówiąc konsternacja, jaka zapanowała przy Alejach Ujazdowskich w gabinetach premiera Mazowieckiego. Cztery dni później miała się rozpocząć pierwsza wizyta polskiego niekomunistycznego premiera w Moskwie – stolicy Związku Radzieckiego. Z jednej strony wszyscy mieli uśmiechy na ustach, gdy patrzyli na upadek symbolu, z drugiej – uśmiechy zamierały, kiedy zaczynano się zastanawiać nad tym, czy sowieckie władze wizyty nie odwołają, a jak nie odwołają, to jak rozpad Felusia wpłynie na rozmowy. To nie była pierwsza wizyta zagraniczna premiera Mazowieckiego – wcześniej był w Rzymie i w Watykanie, ale ta w Moskwie być miała niezwykle ważna i istotna.
Ci
bez wizy też jadą
Zgodnie z przewidywaniami awantura dyplomatyczna się rozpętała. Rozmowy przygotowawcze trwały, Rosjanie byli wściekli i grozili, strona polska starała się sprawę i problem uciszyć, ale fakt poszedł w świat i stal się obrazkiem symbolicznym. Trzeba bowiem pamiętać, że wówczas jesienią 1989 roku zmiany w Polsce były uważnie obserwowane na całym świecie, największe światowe telewizje miały w Warszawie swoich korespondentów, newsy stąd szły i były gorące.
Moskiewska wyprawa miała same smaczki – oprócz delegacji rządowej, zdecydowano się zabrać z Warszawy dziennikarzy. Wyjazd organizowało Biuro Prasowe Rządu, ekipy telewizyjne i radiowe, dziennikarze z Polski i ze świata chcieli w tym wydarzeniu uczestniczyć. I to nie byle jacy dziennikarze, bo tacy, których Rosjanie nie chcieli widzieć na swoim terytorium.
Uczestniczyć w wyprawie chcieli dziennikarze polskich stacji radowych nadających do tej pory z zagranicy i do niedawna zakazanych w PRL – Radia Wolna Europa, sekcji Polskiej BBC, sekcji polskiej Radia France Internationale, a także dziennikarze zagraniczni, których publikacje były bardzo krytyczne wobec władzy sowieckiej. Decyzja była jasna – jadą wszyscy i wszyscy patrzą na to, co się tam wydarzy. To też nie było jak dziś – trzeba było mieć paszporty na wyjazd, trzeba było uzyskać sowieckie wizy itd., itp.
Dzień przed wyjazdem okazało się, że ambasada sowiecka nie wszystkim dziennikarzom udzieliła wizy. W przeddzień wylotu jasne było, że jednemu z dziennikarzy z monachijskiej Süddeutsche Zeitung Thomasowi Urbanowi wizy Sowieci nie dadzą na pewno. Co robimy? Zapadła decyzja – nasz samolot, premier oficjalnie o niczym nie wie, lecimy wszyscy. Ten bez wizy również.
Samolot Tupolew z polską delegacją i Premierem Tadeuszem Mazowieckim wylądował na lotnisku w Moskwie 22 listopada 1989 roku
Foto: Jarosław J. Szczepański
Stawanie
się państwem niepodległym
Samolot Tupolew z polską delegacją i Premierem Tadeuszem Mazowieckim wylądował na lotnisku w Moskwie 22 listopada 1989 roku. Początek był uroczysty i rzeczywiście zapadający w pamięć, bo sowiecka wojskowa orkiestra grająca w Moskwie Mazurka Dąbrowskiego na powitanie pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego to było, jeszcze pół roku wcześniej nie do pomyślenia. A nawet bardziej - nie do wyobrażenia. Dla słuchających i patrzących był to – może nie jest to nadużyciem – symbol stawania się Polski państwem niepodległym.
Ale pierwsze schody zaczęły się szybko – poproszono o paszporty dziennikarzy, którymi zajmowałem się wówczas. Zobaczyłem, że urzędnicy – sowieccy pogranicznicy przeglądają je dość szybko – widać było, że szukali jednego paszportu – tego, w którym nie było wizy. Formalnie szefostwo delegacji o niczym nie wiedziało, ale umówieni byliśmy, że walczymy o inkryminowanego dziennikarza. Trwało to długo, w końcu stanęło na tym, że zgodzą się na jego wjazd pod warunkiem, że nie będzie opuszczać hotelu. Przyjęliśmy warunek, red. Thomas również. Tyle, że po tym, jak pierwszą noc nocował, to tyleśmy go widzieli. Ale wrócić z nami do Polski wrócił, co było wielkim sukcesem również.
To był początek. Rosjanie robili wszystko, żeby wychodziło na ich, żeby nie było tak, jak sobie życzyła polska strona. Pierwsze rozmowy były oficjalne i sztywne. Spotkanie z premierem Nikołajem Ryżkowem dotyczyło spraw gospodarczych, ale też poruszono kwestie zwrotu zbiorów Ossolineum (wydawnictwa, biblioteki i archiwum). Te rozmowy były wstępem do spotkania następnego dnia - 24 listopada z Michaiłem Gorbaczowem na Kremlu. Poprzedziło je klasyczne w sowieckim wydaniu sztuczne lekkie zamieszanie, które sprawiło, że delegacja wyjechała z hotelu szybciej niż samochód z dziennikarzami. Później trzeba było wielkich starań, żeby po pierwsze nadążyć, po drugie dostać się na Kreml, po trzecie, żeby wpuścili naszą dziennikarską grupę przed spotkaniem, a nie pod drzwi jedynie. No, cóż, Sowieccy urzędnicy nie byli do takich antysowieckich ekip przyzwyczajeni.
Ciekawostką było to, że premier Tadeusz Mazowiecki był pierwszym wówczas od pół wieku przywódcą państwa z bloku sowieckiego, który nie znał języka rosyjskiego. Na zdjęciu z lewej ambasador Polski w Rosji Stanisław Ciosek, w głębi Andrzej Drawicz, znawca literatury rosyjskiej i prezes Komitetu ds. Radia i Telewizji
Foto: Jarosław J. Szczepański
Ciekawostką było też to, że premier Mazowiecki był pierwszym wówczas od pół wieku przywódcą państwa z bloku sowieckiego, który nie znał języka rosyjskiego. W rozmowach, które jednak ze względów zrozumiałych były bardzo sztywne, tematami było to, czy Polska będzie dalej rzetelnym uczestnikiem członkiem Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej RWPG, czyli układu gospodarczego państw bloku sowieckiego, oraz czy będzie przestrzegać zapisów Układu Warszawskiego, czyli sojuszu militarnego państw bloku. Odpowiedź na pytania musiała być jednoznaczna. Polska miała już wprawdzie niekomunistycznego premiera i opozycję w polskim parlamencie, ale blok sowiecki trwał.
Która
restauracja następna?
W czasie rozmów mówiono też o dostawach ropy i gazu – nie było alternatywnych możliwości zaopatrzenia wówczas Polski. Podobnie było z bawełną i rudą dla hut. Gorbaczow nie wyrażał wówczas sprzeciwu, ale podkreślał trudności finansowe ZSRR. Rosjanie żądali zapłaty w dolarach, sami płacili rublami transferowymi, które nie miały żadnej wartości. Andrzej Brzeziecki w książce o Mazowieckim zaznacza to, co było wówczas znamienne – premier usłyszał od Gorbaczowa – przywódcy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego: „Może to pana zdziwi, ale życzę panu sukcesów”.
W czasie pobytu w Moskwie miało też miejsce całkiem odmienne od tego, do czego Sowieci byli przyzwyczajeni zdarzenie. Mazowiecki zażyczył sobie późnowieczornej przechadzki po moskiewskim Arbacie. Za przewodnika miała delegacja Andrzeja Drawicza, czyli jednego z najlepszych polskich tłumaczy literatury rosyjskiej. Spacer – ku przerażeniu polskiej ochrony był długi. I zakończył się w restauracji z dancingiem „Praha”. A w Czechosłowacji dokładnie w tych dniach listopadowych rozpoczynała się aksamitna rewolucja, której wszak efektów nikt nie był w stanie przewidzieć. Na konferencji prasowej jeden z dziennikarzy pytał, do której restauracji wybiera się Mazowiecki następnego wieczora – był jeszcze „Bukareszt” czy „Sofia”. Bo Polska i Czechosłowacja to były jedyne w tym czasie państwa wychodzące z sowieckich okowów.
Dla przywódców moskiewskich polska delegacja dokonała jeszcze czegoś, co było nie do przyjęcia. A mianowicie nie odwiedziła Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym. Do tego czasu bowiem nie było delegacji z bloku sowieckiego, która by taki „afront” popełniła. A był on zaplanowany już w Warszawie i to był jeden z kamieni milowych wizyty.
W zamian za to strona polska odwiedziła gabinet Lenina na Kremlu. Nota bene zazwyczaj był on zamknięty i niedostępny dla odwiedzających.
Wizyta
w Katyniu
Drugim wydarzeniem, które dla Sowietów było trudne do przyjęcia, to była wizyta, która miała miejsce następnego dnia. Delegacja poleciała do Smoleńska i pojechała do Katynia. Rosjanie jeszcze wówczas się nie przyznawali do tego, że to oni zamordowali polskich oficerów w Katyniu, Miednoje i Charkowie. Dla Polski święte miejsce, dla nich było wciąż jedynie punktem spornym.
Późny wieczór, ciemność, las, mróz poniżej 20 stopni, para buchająca z ust. Wrażenie, którego nie da się zapomnieć. Polski premier, polska oficjalna delegacja pierwszy raz od czasu dramatu zamordowania polskich oficerów, w miejscu ich pochówku. Polowa msza, którą tam odprawił dominikanin ojciec Aleksander Hauke-Ligowski, była absolutnie nie do zapomnienia. Premier mówił później, że trzaskający mróz zdawał mu się być strzałami z tamtego dnia…
Reklama
Reklama
Polowa msza, którą tam odprawił dominikanin ojciec Aleksander Hauke-Ligowski, była absolutnie nie do zapomnienia. Premier mówił później, że trzaskający mróz zdawał mu się być strzałami z tamtego dnia…
Foto: Jarosław J. Szczepański
Ekipa polskiej telewizji z Jackiem Snopkiewiczem robiła film z tej wizyty. Zdjęcia z tamtego miejsca są podwójnie tajemnicze – operatorowi zamarzała kamera, w związku z czym obraz co chwilę zwalniał i zamierał. W efekcie w filmie wygląda na efekt zamierzony, ale był spowodowany wielkim mrozem. Dźwięk mieli dobry – nagrany magnetofonem schowanym pod moim kożuchem.
Ten cmentarz to był wówczas las, z drewnianym krzyżem, na którym napis mówił coś całkiem innego.
To jednak nie był koniec „przygód” tamtej nocy. Dotarliśmy do autokarów. Delegacja była prawie w komplecie. Jednak prawie czyni wielką różnicę. Nie było premiera. Trudno sobie wyobrazić zdenerwowanie pozostałych członków delegacji – ministrów, dziennikarzy. Jednak to był Katyń, to była noc, to był Związek Radziecki. Wszystkim stało w głowach to, co się stało z szesnastoma, czyli przywódcami polskiego państwa podziemnego, których w czerwcu 1945 roku zaproszono na rozmowy do Moskwy i po których słuch zaginął. To było jedynie 44 lata wcześniej! Nie było telefonów komórkowych. Nie wiedzieliśmy, co się stało z premierem Mazowieckim.
Reklama
Reklama
Po jakimś czasie wreszcie okazało się, że porwania dokonał I sekretarz partyjnej obłasti, który chciał w cztery oczy uhonorować gościa z bratniej Polski. Mazowiecki jednak się nie zgodził i do kolacji usiadł w towarzystwie całej delegacji. Ale co się wszyscy nadenerwowali, to nasze.
Podczas historycznej wizyty premiera Mazowieckiego na pomniku poświęconemu pomordowanym polskim oficerom widniał jeszcze napis przypisujący zbrodnię Niemcom. Wobec obecnej dewastacji pomnika nie można wykluczyć, że i obecnie te rosyjskie kłamstwa wrócą na pomnik pomorodowanych.
Foto: Jarosłąw J. Szczepański
Wraca
stare
Po latach Polsce udało się zbudować w Katyniu memoriał i mur, na którym są upamiętnione nazwiska wielu zamordowanych oficerów. Tam odbyły się uroczystości w 2010 roku w 70. rocznicę zamordowania polskich oficerów. Uroczystości, na które nie doleciał samolot z Lechem Kaczyńskim. Dziś Rosjanie nie tylko nie dopuszczają nas do miejsca pamięci, ale też zaczynają niszczyć miejsce dla Polaków święte – zniszczono krzyż Virtutti Militari, zniszczono niektóre elementy memoriału.