Zarząd Dróg Miejskich ogłosił sukces w przetargu na przebudowę mostu w ul. Cieślewskich. Choć miasto zaoszczędzi miliony, mieszkańcy Białołęki drżą przed paraliżem, który odetnie ich dzieci od szkół i zmusi do gigantycznych objazdów.
Sytuacja wokół przeprawy nad Kanałem Żerańskim stała się w ostatnich dniach jednym z najgorętszych tematów w północnej części stolicy. Drogowcy z dumą informują o otwarciu ofert na wykonanie nowego mostu, który ma zastąpić wysłużoną, ponad pięćdziesięcioletnią konstrukcję. Obecny obiekt powstał jeszcze w czasach PRL, a jego ostatnia poważna modernizacja miała miejsce w 1992 roku. Po ponad trzech dekadach beton i stal przegrały z czasem, co zmusiło urzędników do podjęcia decyzji o całkowitej rozbiórce i budowie przeprawy od zera.
Reklama
Reklama
Dla lokalnych społeczników sprawa jest jasna: nie ma zgody na odcinanie mieszkańców od reszty dzielnicy.
Nowy most ma być szerszy i wyposażony w bezpieczne drogi dla rowerów oraz chodniki o szerokości trzech i pół metra. Na papierze inwestycja wygląda na wzorcową, a w przetargu wystartowało aż czternastu wykonawców. Najniższa oferta opiewa na niewiele ponad 200 mln zł, co przy zarezerwowanym budżecie rzędu 22 mln oznacza ogromne oszczędności dla miejskiej kasy.
Dzieci z Żerania zakładnikami remontu
Za optymistycznymi komunikatami urzędników kryje się jednak ponura rzeczywistość tysięcy rodzin z osiedla Ogrody Przyjaciół oraz okolic ulicy Cieślewskich. Największym problemem nie jest sam remont, lecz brak zapewnienia jakiejkolwiek przeprawy zastępczej na czas prac trwających aż szesnaście miesięcy prac.
Reklama
Reklama
Reklama
Tymczasowa przeprawa mogłaby powstać na uproszczone zgłoszenie terminowe do stu osiemdziesięciu dni.
Rodzice uczniów ze Szkoły Podstawowej nr 368 przy ulicy Hemara alarmują, że ich codzienna droga do placówki zmieni się w logistyczny koszmar. Obecnie dystans dzielący osiedla od szkoły to zaledwie dwa kilometry, co pozwala na krótki spacer lub kilkuminutową jazdę rowerem. Po zamknięciu mostu uczniowie zostaną zmuszeni do pokonywania niemal dziesięciokilometrowego objazdu przez zatłoczone ulice Marywilską lub Kobiałka.
Mieszkańcy wskazują, że dla dziesięciolatka samodzielne pokonanie takiej trasy jest niemożliwe, a rodzice zostaną skazani na wielogodzinne stanie w korkach. Czas dojazdu, który dziś wynosi maksymalnie piętnaście minut, w godzinach szczytu może wydłużyć się nawet do godziny.
Radni uderzają w bierność ratusza
Lokalni politycy nie zostawiają na planach Zarządu Dróg Miejskich suchej nitki, nazywając obecną sytuację wynikiem wielomiesięcznych zaniechań. Radny Wojciech Zabłocki skierował do prezydenta Rafała Trzaskowskiego interpelację, w której domaga się wstrzymania podpisania umowy z wykonawcą. Jego zdaniem miasto powinno najpierw uzyskać niezbędne zgody na most tymczasowy, a dopiero potem przystępować do prac głównych.
Propozycje społeczników wciąż nie doczekały się merytorycznej analizy ze strony drogowców
Reklama
Reklama
Zabłocki wytyka urzędnikom błąd w planowaniu, podkreślając, że wnioski o pozwolenia wodnoprawne powinny zostać złożone z odpowiednim wyprzedzeniem. Wtóruje mu radny dzielnicy Białołęka Sebastian Gut, który już w listopadzie ubiegłego roku ostrzegał przed brakiem alternatywy dla mieszkańców.
Gut w swoich wypowiedziach nie gryzie się w język i podkreśla, że mieszkańcy nie mogą zostać odcięci i skazani na wielokilometrowe objazdy. Dodaje również stanowczo, że oszczędności na etapie przetargu nie mogą odbywać się kosztem mieszkańców. Dla lokalnych społeczników sprawa jest jasna: nie ma zgody na odcinanie mieszkańców od reszty dzielnicy.
Nowy most ma być szerszy i wyposażony w bezpieczne drogi dla rowerów oraz chodniki o szerokości trzech i pół metra.
Foto: ZDM Warszawa
Urzędnicza bariera niedasizmu
Odpowiedź miasta na te postulaty jest przez wielu określana mianem klasycznego „niedasizmu warszawskiego”. Rzecznik ZDM Jakub Dybalski publicznie kwestionuje sens budowy mostu tymczasowego obok istniejącej konstrukcji. Twierdzi on, że specyficzny układ dwóch skrzyżowań uniemożliwia wstawienie tam dodatkowego obiektu, który trafiałby bezpośrednio w jezdnię.
Radni przypominają, że miasto posiada rezerwy finansowe i oszczędności przetargowe, które w zupełności wystarczyłyby na sfinansowanie kładki dla pieszych i samochodów.
Te argumenty odpiera jednak Sebastian Gut, wskazując, że od miesięcy proponuje inną, realną lokalizację w pasie ulic Zdziarskiej i Przy Kanale. Tereny te należą do miasta, co eliminuje bariery własnościowe i nie koliduje z innymi inwestycjami w rejonie. Radny proponuje wykorzystanie gotowych, modułowych przęseł mostowych, które mogłoby zamontować wojsko w ramach ćwiczeń.
Reklama
Reklama
Co więcej, taka przeprawa mogłaby powstać na uproszczone zgłoszenie terminowe do stu osiemdziesięciu dni. Mimo tych konkretnych rozwiązań, propozycje społeczników wciąż nie doczekały się merytorycznej analizy ze strony drogowców, którzy zasłaniają się trudnościami formalnymi.
Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że remont mostu to tylko wierzchołek góry lodowej. Już w połowie kwietnia rozpocznie się ogromna modernizacja czterokilometrowego odcinka ulicy Białołęckiej, którą prowadzi Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta. Te prace mają potrwać ponad trzy lata i drastycznie ograniczą przepustowość kluczowych arterii w tej części Warszawy.
Kumulacja dwóch tak dużych inwestycji bez zapewnienia mostu tymczasowego grozi całkowitym paraliżem komunikacyjnym środkowej Białołęki. Ulice Płochocińska i Ostródzka, które mają przejąć ruch z zamkniętej przeprawy, już teraz są skrajnie obciążone.
Reklama
Reklama
Radni przypominają, że miasto posiada rezerwy finansowe i oszczędności przetargowe, które w zupełności wystarczyłyby na sfinansowanie kładki dla pieszych i samochodów. Pozostaje pytanie, czy warszawski ratusz wykaże się dobrą wolą, czy też pozostanie głuchy na apele rodziców i mieszkańców, dla których nadchodzące miesiące będą czasem spędzonym w gigantycznych korkach.