Za chwilę minie pół wieku od czasu, kiedy jako reporter warszawskiej popołudniówki wybrałem się na eskapadę z konną milicją. Ta reporterska wyprawa odbyła się tuż przed przed tragicznymi wydarzeniami w Radomiu i Ursusie w czerwcu 1976 roku. Konnym milicjantom towarzyszyłem dwa dni. Pierwszego dnia z fotoreporterem obserwowaliśmy działania milicjantów nad Wisłą…
"Efektownie prezentuje się pododdział konny warszawskiej milicji na dorodnych i pięknie utrzymanych kasztankach z krótko obciętymi grzywami. Patroluje tereny, na które nie dojedzie ani samochód ani motocykl, gdzie trudno też działać patrolom pieszym.
Reklama
Reklama
«Małpi gaj» koło Stadionu Dziesięciolecia, piwiarnia pod chmurką – były od dawna miejscami, w których zbierała się chuliganeria i różnego rodzaju męty społeczne. Dopiero wkroczenie patroli konnych przepłoszyło wiecznie biwakujące tu ferajny, zaczepiające spokojnych ludzi.
Przy kiosku z piwem tłok. Głośne, awanturnicze rozmowy, rynsztokowy słownik. Już sam widok podjeżdżających konnych uspokaja towarzystwo. Milicjanci spisują personalia, co bardziej podchmielonych i rozrabiających. Zwracają uwagę, że piwo można pić tylko wewnątrz kiosku, gdzie zresztą są miejsca.
Dowódca patrolu st. sierżant Janusz Raszuk i plutonowy Marian Piotrowski patrolują tereny nadwiślańskie. Kadr z reportażu "Expressu Wieczornego", zdjęcie autorstwa Andrzeja Szarkowskiego.
Foto: kadr z "Expressu Wieczornego"
Podjeżdżamy nad Wisłę. W krzakach trwa libacja. Młodzieńcy w wieku 18-19 lat piją winko patykiem pisane. Kilka butelek już opróżniono. Są bardzo zdziwieni nagłym zjawieniem się patrolu. Przyznają, że są na wagarach. Informacja o ich „wycieczce nad Wisłę” zostanie wysłana do rodziców i szkoły.
Reklama
Reklama
Reklama
– Pewnego dnia – mówi sierż. J. Raszuk – przejeżdżając przez lasek przy ul Wincentego usłyszeliśmy krzyk. Napadnięto mężczyznę i ściągnięto mu zegarek. Ruszyliśmy w pogoń za złodziejem, który uciekał przez krzaki i wertepy. Ale dla koni nie jest te żadną przeszkodą. Zatrzymaliśmy rabusia na Szwedzkiej i odstawiliśmy do komisariatu.
– Nasze patrole niejednokrotnie odnajdywały ukradzione samochody, porzucone gdzieś w krzakach. Kilka razy łapały złodziei w trakcie podziału łupów w nadwiślańskich chaszczach. Pojawiamy się bowiem często niespodziewanie, zaskakując tych, którzy unikają spotkań z nami – mówi dowódca plutonu konnego milicji, porucznik Wacław Pac".
Dziś po pierwsze nie ma Stadionu Dziesięciolecia, a jest Stadion Narodowy, po drugie kiosków z piwem nie uświadczysz, a młodzież wina marki Wino, czyli patykiem pisanego już nie pije. Ale za to nadwiślańskie chaszcze są i niech zostaną jak najdłużej, bo są wspaniałym miejscem, ostoją warszawskiej przyrody.
"Od pewnego czasu patrole konne penetrują również teren Puszczy Kampinoskiej. Ruszamy więc w tym kierunku.
Niedaleko Tułowic, już na terenie rezerwatu rozbito harcerskie obozowisko.
Reklama
Reklama
– Na razie nie mamy jeszcze pozwolenia na piśmie, ale obiecała nam je wydać dyrekcja parku – powiedziała milicjantom komendantka obozu z Sochaczewa.
Dziwi nas. że z jednej strony milicja kontroluje czy ktoś przebywa w rezerwacie, z drugiej zaś dyrekcja – jak powiedziano – chce wydać zezwolenie na rozbijanie w tymże rezerwacie obozowiska, gdzie będzie się przecież gotować posiłki itp.
Jedziemy leśnym traktem. Zza drzew z głuchym dudnieniem wyłania się traktor. Milicja zatrzymuje go. Bo aczkolwiek miał prawo tędy jechać, to jednak brak mu było zabezpieczeń iskrowych. A tu wystarczy czasem jedna iskra...
Zagłębiamy się w las. Trzech motorowerzystów w rajdowym tempie jedzie leśną dróżką. Tylko jeden ma dokumenty w porządku, pozostali nie mają kart rowerowych i dowodów osobistych. Następnym razem, gdy zostaną zatrzymani w rezerwacie, sprawa pójdzie do kolegium, tym razem kończy się pouczeniem.
Pół kilometra od szosy w głąb lasu stoją trzy samochody osobowe z Warszawy. Trwa piknik. Na zwróconą uwagę o zakazie przebywania w rezerwacie – turyści, pracownicy jednej z warszawskich drukarni, próbują zrobić milicjantom awanturę. Kończy się spisaniem personaliów i sporządzeniem wniosków do kolegium.
Konie milicyjne są bardzo dobrze wyszkolone. Koń sierżanta Pilarskiego na życzenie przyklęka brzmiał oryginalny podpis pod zdjęciem Andrzeja Szarkowskiego, któe ukazało się w "Expressie Wieczornym".
Foto: kadr z "Expressu Wieczornego"
Reklama
Reklama
Przejeżdżamy przez jedną z wiosek. Z przeciwka jedzie motocyklista. Zobaczył konny patrol i skręcił w opłotki. Konie zerwane do galopu. Po chwili motocyklista zostaje zatrzymany. Nie ma dokumentów, kasku i jest... pijany.
Oprócz drobnych interwencji nie było tego dnia poważniejszych spraw. Najgroźniejsze są oczywiście pożary. Straż leśna nie daje sobie rady podczas wzmożonego ruchu turystycznego z ochroną tej podwarszawskiej oazy zieleni. Skutecznie pomaga jej więc w tym konna MO.
Służba nie jest lekka. Wymaga dużych umiejętności jeździeckich. Milicjanci zrzeszeni są w Polskim Związku Jeździeckim. Biorą udział w zawodach i biegach myśliwskich. Ale nie o sport tu idzie, lecz o doskonalenie, które niezbędne jest w codziennej ciężkiej służbie patrolowej".
Tyle zachowany w archiwach reportażyk z dwudniowej eskapady z konną wówczas milicją. Tyle, bo nie wszystko, co się nam tego drugiego dnia wydarzyło opisałem, a już na pewno nie nadawało się zbytnio do druku. I to nawet nie ze względy na cenzurę, ale na… zdrowy rozsądek.
Krótka historia formacji
Policyjne konie w II RP
Konie w polskiej Policji służyły już w okresie międzywojennym. Pierwszy Szwadron Konny Państwowej Policji powołany został w Łodzi, w 1920 r. służyło w nim 90 funkcjonariuszy. Obecnie wykorzystywane są głównie do służby patrolowej, a także do działań związanych z zapewnianiem i przywracaniem naruszonego porządku publicznego podczas imprez masowych i zgromadzeń.
W roku 1936 r. miała miejsce istotna zmiana w Państwowej Policji Konnej - utworzono Dywizjon Konny Policji Państwowej, w skład którego wchodziło pięć szwadronów, liczących średnio około 100 policjantów. Szwadrony 1 i 2 stacjonowały w Warszawie, 3 i 4 w Kamionce Strumiłowej (woj. tarnopolskie), a 5 w Roju. Taka struktura Dywizjonu utrzymała się aż do momentu wybuchu II Wojny Światowej.
Reklama
Reklama
Jak się potoczyła dalej „interwencja”
Tego pierwszego dnia – a miałem rekomendacje od trenera mjr. Henryka Sołtysika, który chyba w 1974 roku trenował milicjantów – sprawdzili mnie, czy wiem, z której strony się wsiada na konia. A wszystko po to, żeby – jak sobie to wymyśliłem – drugiego dnia po prostu pojechać z konnymi wierzchem po Puszczy.
Jak napisałem w tekście – patrol rozpoczął się od strony Tułowic, czyli tego najdalszego od Warszawy krańca Puszczy Kampinoskiej. I rzeczywiście była to sensowna służba, bo mało kto się konnych milicjantów tam spodziewał. O ile dobrze pamiętam przywiezionych było sześć koni, co dawało dwa patrole po trzech funkcjonariuszy, ale tym razem jednego z nich zastąpiłem ja.
W Warszawie odział konnej Milicji Obywatelskiej powstał w 1972 – powołano wówczas Pluton Konny z 22 końmi, który stacjonował na Golędzinowie
Foto: mat. arch.
Właściwie przez cały czas tej eskapady starano się pokazać redaktorkowi, jak się jeździ konno, jak funkcjonariusze są wytrenowani. Inaczej mówiąc wciąż kombinowano jak mi przytrzeć nosa. Nie opisałem tego w „Expressie”, ale pod koniec dnia patrol, a właściwie oba, czyli szóstka koni podjechała do jakichś wiejskich zabudowań, trochę schowanych w Puszczy, na pewno położonych na uboczu, choć dobrze milicjantom znanych. Funkcjonariusze wiedzieli doskonale, gdzie zajeżdżamy, ale do ostatniej chwili była to skrywana przede mną tajemnica. Okazała się ona być wielostopniowa, bo zajechaliśmy skontrolować miejsce, w którym działała spora bimbrownia.
Jakoś tak się potoczyło dalej, że ta „interwencja” nie zajęła się likwidacją bimbrowni, a zdecydowanie kosztowaniem produktu w niej wytwarzanego. I to – o ile pamiętam – całkiem niezłego w smaku. Kosztowaliśmy go czas jakiś, w końcu przyszła jednak pora zbierania się i pojechania tam, gdzie miał na milicjantów i konie czekać Star specjalnie przystosowany do przewozu koni, rzec można koniowóz.
Reklama
Reklama
Nie pamiętam dziś, czy była to duża odległość, czy też nie. Pamiętam jednak dobrze, jak podochoceni milicjanci postanowili pokazać, jak się jeździ. A że byli po szkole mjr. Sołtysika, to początkowo szło im bardzo dobrze. Nie wiedzieli tego, że ja też byłem spod jego ręki. Wieczorna puszczańska jazda była fantastyczna. Trochę pogalopowaliśmy, trochę poskakaliśmy. Efekt był taki, że jeden z jeźdźców – nie byłem to ja – zdrowo się potłukł. Podpytywałem później – zdaje się, że miał połamane żebra. I na pewno nie mógł dzięki temu uczestniczyć w tłumieniu protestów robotniczych w Ursusie czy Radomiu.
W Warszawie odział konnej Milicji Obywatelskiej powstał w 1972 – powołano wówczas Pluton Konny z 22 końmi, który stacjonował na Golędzinowie (to tereny po praskiej stronie Wisły na przeciw Cytadeli i Kępy Potockiej – przyp. red.). Tam mieściły się koszary ZOMO, czyli Zmechanizowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej słynnych z tłumienia zamieszek marcowych w 1968 roku i akcji w grudniu 1970 roku.
Od 1974 roku konnych trenował ppłk. Henryk Sołtysik – rocznik 1922, oficer Warszawskiej Dywizji Kawalerii, trener jeździectwa, który Kampanię wrześniową 1939 r. odbył jako ochotnik z oddziałem Przysposobienia Wojskowego. Od kwietnia 1944 r. służył w Warszawskiej Dywizji Kawalerii jako podoficer, później ukończył Wyższą Oficerską Szkołę Weterynarii jako oficer w 2 Pułku Ułanów. Po rozwiązaniu kawalerii w LWP służył w szwadronie Reprezentacyjnym Prezydenta RP. Po jego rozformowaniu zakładał sekcję jeździecką WKS Gwardia.
W 1968 r. przeniesiono go do CWKS Legia, gdzie organizował ośrodek w Starej Miłosnej. Szkolił Legionistów również w Warszawie przy Kozielskiej – tam trenował olimpijczyk, złoty medalista z igrzysk w Moskwie Jan Kowalczyk, Marcin Szczypiorski, Jan Żółkiewski i wielu innych doskonałych jeźdźców. Tam też mieścił się dziennikarski klub jeździecki Horyzont. Żeby koło historii można było zamknąć, od niedawna warszawska Policja konna ma swoją siedzibę i swoje stajnie właśnie w tym samym miejscu na Kozielskiej, na tyłach cmentarza powązkowskiego.