Po likwidacji cenzury w 1990 roku nastąpił wysyp dramatycznych informacji i poważnych morderstw. Trzeba dołożyć do tego dziennikarstwo śledcze, które pokazuje nawet i to, czego policja dalej, by chciała nie pokazać, to daje obraz tego, dlaczego dziś morderstw, jakoby jest więcej niż ich było za komuny.
Sześć niedawno zamordowanych kobiet na Pradze; dokładnie dwa lata temu sukces śledczych w złapaniu mordercy i gwałciciela 24-letniej Lizy na ulicy Żurawiej itd., itp. Trochę podobne do syzyfowych prac działania policji związane z likwidacją podziemia narkotykowego np. na warszawskiej Pradze Północ. Można by tę listę ciągnąć długo.
Do wcześniejszego zestawienia dodać można inne przykłady krwawych morderstw – młodzieńca szatkującego zwłoki po dokonaniu morderstwa, innego równie niezbyt wiekowego biegającego z siekierą i mordującego niewinne osoby na głównym campusie Uniwersytetu Warszawskiego.
Reklama
Reklama
W walce o sprzedaż, w walce
o klikalność
Takich spraw mamy, oby nie każdego dnia w Warszawie, w Polsce wiele. A że „nic tak nie ożywia gazety, jak mocny trup na pierwszej stronie” (to motto tzw. popołudniówek sprzed II wojny światowej), to każdy dziś portal, każda telewizja informacyjna wie i ściga się z konkurencją w wyłapywaniu takich informacji i celniejszego, ciekawszego ich podawania.
Ukazywanie przestępstw za komuny musiało czemuś służyć. Najczęściej pełniło rolę przestrogi - wówczas nawet Kronika FIlmowa zyskiwała specjalne prawa przy filmwoaniu procesu.
Foto: NAC
Podkreślę, że papierowe gazety przed laty, zwłaszcza te sensacyjne, o takie informacje walczyły, bo dawały one większą sprzedaż, czyli było o co kopię kruszyć. I tu właściwie nic się nie zmieniło. Tyle, że dziś walczymy o klikalność sensacyjnych wątków, treści i tytułów, a przed laty walczono o większą sprzedaż.
W pamięci jawi się nam
Dlaczego o tym piszę dziś? Bo moim zdaniem czytelnik może mieć wrażenie, że trup ściele się zbyt gęsto. Że te dramaty sensacyjne z jednej strony, a tragicznej z drugiej, są czymś, czego dawniej nie było. Tak jest nie tylko z takimi sensacyjnymi wydarzeniami. Tak jest i z wypadkami drogowymi, wypadkami przy pracy – czy to w górnictwie, czy w rolnictwie. Dziś słyszymy o tych wypadkach, wiemy, ile ich się wydarzyło i stwarza to u wielu wrażenie, że dawniej było bezpieczniej. Dawniej - piszę tu o czasach archaicznych i to nie sprzed np. lat dziesięciu, ale dawniej - używam tu jako terminu określającego czas sprzed prawie już czterdziestu lat, czyli czas tzw. komunizmu, jeszcze inaczej mówiąc PRL. Jakoś w pamięci jawi się nam to (tych, co mogą pamiętać, a oni też już maja swoje lata!), że wtedy nie było tylu wypadków, tylu morderstw, gwałtów etc.
Reklama
Reklama
Reklama
Milicja obywatelska prowadzi śledztwo na miejscu wypadku. Takie zdarzenia nie są udziałem tylko naszej rzeczywistości
Foto: NAC
I tu jest pies pogrzebany. Rzeczywiście tak może jawić się nam w pamięci. Wcale nie dlatego, ze pamięć jest krucha, tylko dlatego, że PRL charakteryzował się tym, iż władza formalnie dbała o dobrostan czytelnika, tzn. głównie dbała o to, żeby pokazywać, że jest skuteczną władzą, a w kraju kwitnie coraz większy dobrobyt i dobrostan.
Ciężki los górnika,
groźna praca rolnika
To nie jest tak, ze nie było wypadków. Np w górnictwie 40 lat temu rocznie bywało i ponad dwieście śmiertelnych ofiar, a to przy 200 mln ton wydobywanego węgla dawało straszny wskaźnik jednego zabitego na milion ton urobku. Dodać trzeba, że jak górnik zginął pod ziemia, to wliczany był do tej statystyki, ale, jak wyciągnięto go żywego i zmarł w szpitalu, to do tej liczby doliczany nie był.
W 2025 roku zginęło w górnictwie węgla kamiennego 12 ludzi, co przy mniejszym wydobyciu (43 mln ton) daje zdecydowanie mniejszy ten upiorny wskaźnik bezpieczeństwa. Tak przy okazji - Komisja Europejska od lat stara się zastąpić ten wskaźnik innym, ale nikt nie wpadł na to, jakim wskaźnikiem.
Zawsze wydawało się, ze najwięcej wypadków przy pracy było za PRL w górnictwie. Tymczasem dane były zdecydowanie inne. Prym wiodło tu rolnictwo, tyle, że nie było w nim zazwyczaj wypadków zbiorowych, czyli nie były one tak spektakularnie widoczne. Bo, jak kosiarka skosiła nogę, czy kombajn „spożył” śpiącego na polu, to były wypadki pojedyncze.
Kilka tytułów „kryminałków” mojego autorstwa z „Expressiaka” sprzed pół wieku
Foto: arch. autora
Reklama
Reklama
Z archiwum tytułów
Wracając jednak do kryminałków. Każda gazeta je miała, publikowała, i co więcej cieszyły się ogromną poczytnością:
„Pijani złodziej samochodów mogli spowodować kraksę o nieobliczalnych następstwach”;
„Księżycowy pojazd i czterech złodziei”;
„Próba zrobienia na jelenia nie powiodła się”;
„Złodziej tak był zajęty rozbijaniem muru, że nie zauważył milicjantów” (którzy go nakryli);
„Zaczęli od okradania piwnic, skończyli na napadzie rabunkowym”;
Reklama
Reklama
„14-letni włamywacz”;
„Wyprawa po wino”;
„Poderwali dziewczynę i okradli jej mieszkanie”;
„Rabował tombak, myślał, że to złoto”;
„Z łomem po czekoladę”;
Reklama
Reklama
„Hiszpański breloczek zdradził włamywaczy”;
„W obronie rodzinnego mienia ruszył z kamieniem na włamywacza”;
„Portierka napadnięta przez własnego męża”;
„W 20 godzin po wykryciu milicja ujęła zbrodniarzy”;
„120 tysięcy złotych ukradł rodzicom wyrodny syn”;
Reklama
Reklama
„Skok po lichtarze”;
„Już nigdy nie ukradnę samochodu! Przejażdżka Ryszarda S.”
To kilkanaście tytułów „kryminałków” mojego autorstwa z „Expressiaka” sprzed pół wieku. Kradzieże, pobicia, rozboje, ale jakoś tak delikatniej… bez wielkich morderstw (no, chyba, że z sukcesem złapania sprawców), takich dramatów, z jakimi mamy dziś do czynienia.
Informacje obłożone były embargiem, w związku z czym o nich nie pisano, bo i tak by cenzura (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na zdjęciu) nie puściła
Foto: Andrzej Iwańczuk
Kraj bez wypadków i morderstw
Dlaczego? – zapyta młodszy czytelnik. Redaktorzy naczelni codziennie dostawali specjalny biuletyn milicyjny. Komenda Główna informowała o morderstwach, napadach etc. Tyle, że te. Na publikacje informacji o morderstwach, katastrofach, wypadkach przy pracy po prostu był zapis, więc jakoby ich nie było. Żyliśmy w kraju szczęśliwości bez wypadków i bez morderstw.
Reklama
Reklama
Po likwidacji cenzury w 1990 roku nastąpił wysyp dramatycznych informacji i poważnych morderstw. Trzeba dołożyć do tego dziennikarstwo śledcze, które pokazuje nawet i to, czego policja dalej, by chciała nie pokazać, to daje obraz tego, dlaczego dziś morderstw, jakoby jest więcej niż ich było za komuny. Nie zmienia się jedno - każdy napad, pobicie, morderstwo, to dramat bezpośrednich ofiar i ich rodzin.
A cenzura to było jedno, bo jeszcze było po drugiej stronie Nowego Światu coś, co nazywało się Wydziałem Prasy KC PZPR.
Foto: NAC
Świadomie przypominam te cenzorskie zabiegi i manipulacje. A cenzura to było jedno, bo jeszcze było po drugiej stronie Nowego Światu coś, co nazywało się Wydziałem Prasy KC PZPR. Tam zapadały kluczowe decyzje o tym, o czym wolno, lub nie wolno pisać. Dziś o tym piszę, żeby pokazać, że tamten świat był po prostu światem ocenzurowanym. Jak i każdy film Barei. Ale to już całkiem inna historia.