We wtorkowy poranek na warszawskim Placu Szembeka rozegrały się dramatyczne sceny. Podczas rutynowych działań służbowych życie stracił funkcjonariusz Straży Miejskiej z ponad 30-letnim stażem. Na jaw wychodzą informacje o problemach zdrowotnych zmarłego oraz jego bezskutecznych staraniach o przeniesienie do lżejszej służby.
Dramat podczas porannej interwencji
Wszystko zaczęło się ok. godz. 9. Patrol straży miejskiej otrzymał wezwanie na Plac Szembeka, gdzie mieszkańcy skarżyli się na uciążliwe hałasy i krzyki. Miejsce to od lat cieszy się złą sławą wśród lokalnej społeczności. Regularnie dochodzi tam do libacji alkoholowych i zakłócania porządku publicznego. Strażnicy niemal codziennie muszą mierzyć się tam z agresją i brakiem subordynacji osób nadużywających alkoholu.
W trakcie podejmowania czynności służbowych pan Krzysztof nagle stracił przytomność. Mimo natychmiastowej pomocy i podjętej reanimacji życia 63-letniego funkcjonariusza nie udało się uratować. Śmierć na posterunku wstrząsnęła jego kolegami z oddziału. Jak przekazał Gazecie Wyborczej starszy inspektor Jerzy Jabraszko z referatu prasowego, cała społeczność strażników przyjęła tę wiadomość z wielkim smutkiem. Podkreślił on, że jest to bolesne wydarzenie dla wszystkich pracowników formacji.
Walka o zmianę stanowiska pracy
Tragedia ta nabiera innego wymiaru w świetle informacji, które pojawiły się na profilu „Grochów Praga Południe” na Facebooku. Wynika z nich, że zmarły strażnik od dłuższego czasu zmagał się z problemami zdrowotnymi. Ze względu na swój wiek i staż pracy nie chciał on przywilejów. Prosił jedynie o przeniesienie z trudnego terenu do spokojniejszej służby przy ochronie obiektów publicznych. Taka zmiana pozwoliłaby mu doczekać do emerytury w bezpieczniejszych warunkach.