-5.8°C
1017 hPa
Życie Warszawy
Reklama

Wybuch w samo południe. Tragedia w centrum Warszawy

Publikacja: 15.02.2026 12:00

Rotunda PKO po wybuchu 15 lutego 1979 roku

Rotunda PKO po wybuchu 15 lutego 1979 roku

Foto: mat. arch.

Był 15 lutego 1979 roku. Kilka minut po dwunastej w południe w dziale warszawskim redakcji „Expressu Wieczornego” zadzwonił telefon. Czytelnik powiedział krótko: w powietrze wyleciała Rotunda PKO na rogu Alej i Marszałkowskiej. Jest dramatycznie…

Redaktor Janek Stachurski, który te informacje odebrał, powtórzył wiadomość, ale wciąż z niedowierzaniem. Złapał za telefon do fotoreporterów, ubrał się i z Jarosławem Taraniem poszli sprawdzić, co się wydarzyło 1,5 km od redakcji.

Trupy, ranni i fruwające pieniądze

Po chwili wiedzieliśmy już z wielu telefonów: wybuchła Rotunda, są zabici, ranni, pieniądze fruwają w powietrzu… Informacja wydawała się jednak wciąż nieprawdopodobna – co się mogło stać w Rotundzie? Kto ją wysadził? Bo tak naprawdę nikt nie miał wątpliwości, że tylko bomba czy jakiś ładunek mógł ją wysadzić w powietrze.

Dziennikarz, który dotarł na miejsce, zadzwonił (telefony były wówczas jedynie stacjonarne) do redakcji i powiedział krótko: Horror, trupy, ranni, totalny chaos i wszędzie wokoło ludzie zbierają pieniądze.

Milicja starała sią ogrodzić teren, odsunąć ludzi zbierających fruwające banknoty, ułatwić akcję rat

Milicja starała sią ogrodzić teren, odsunąć ludzi zbierających fruwające banknoty, ułatwić akcję ratowniczą.

Foto: Archiwum Szkoły Pożarnictwa

Na miejsce ściągano karetki z całej Warszawy, akcje ratowniczą utrudniał silny mróz. Milicja starała sią ogrodzić teren, odsunąć ludzi zbierających fruwające banknoty, ułatwić akcję ratowniczą.

Reklama
Reklama

„Kilka minut po dwunastej jesteśmy na miejscu wypadku. Widok jest wstrząsający. Budynek Rotundy zdemolowany wybuchem, kawałki mebli i fragmenty konstrukcji podmuch wyrzucił na odległość kilkunastu metrów. Częściowo zapadła się podłoga – budynek ma jeszcze dwie kondygnacje podziemne poniżej poziomu ulicy. Niemal całkowicie zawaliło się pierwsze piętro, wybrzuszył się dach. Podmuch spowodowany wybuchem wybił szyby w okolicznych oknach, m.in. w sąsiadującym z Rotundą dziś już nieistniejącym wieżowcu Universalu.

Już po kilku minutach rozpoczęła się akcja ratownicza. Przybyło kilkanaście karetek, straż pożarna,

Już po kilku minutach rozpoczęła się akcja ratownicza. Przybyło kilkanaście karetek, straż pożarna, milicja, wojsko.

Foto: Archiwum Szkoły Pożarnictwa

Akcja na chwilę zamiera

Już po kilku minutach rozpoczęła się akcja ratownicza. Przybyło kilkanaście karetek, straż pożarna, milicja, wojsko. Z wnętrza budynku wydobywane są ciała rannych i zabitych. Wciąż podjeżdżają karetki. Strażacy wyciągają szczątki konstrukcji i wyposażenia, żeby służby ratunkowe mogły się dostać do zasypanych. Niemal dwieście osób na zmianę, z narażenie własnego zżycia, schodzi na dół by wyciągać rannych i szczątki zabitych.

Są strażacy, słuchacze WOSP, pracownicy bankowości Ministerstwa Finansów, przedsiębiorstw budowlanych, pogotowia energetycznego i gazowego, MPWiK, Służby zdrowia.

Przez wiele godzin akcją ratunkową kierowali dyrektor Pogotowia Henryk Zajdel i lekarz naczelny Jerzy Kosiorek.

Po godzinie 13 słychać nadawany przez megafony komunikat: „Wszyscy pracujący od strony Alej Jerozolimskich proszeni są o przerwanie pracy, bo nasłuchujemy oznak życia od osób zasypanych”. Akcja na chwile zamiera, po czym podjęta jest na nowo. Dostęp do ofiar wypadku utrudniają zawalone części stropu, pogięte elementy konstrukcji, połamane meble.”

Reklama
Reklama

Akcję ratowniczą utrudnia też wszechogarniający mróz. Jest kilkanaście stopni na minusie.

Niemal dwieście osób na zmianę, z narażenie własnego zżycia, schodzi na dół by wyciągać rannych i sz

Niemal dwieście osób na zmianę, z narażenie własnego zżycia, schodzi na dół by wyciągać rannych i szczątki zabitych.

Foto: Archiwum Szkoły Pożarnictwa

Niedopita zamarznięta herbata

Nie chcę epatować opisami, tego, co było można zobaczyć w pierwszych godzinach po wybuchu – jak wyglądali ranni, jak wyglądały ciała ofiar.

„Po godzinie 21.00 ponownie jesteśmy na miejscu. W świetle reflektorów pracują brygady ratownicze, ludzie pracują ofiarnie nie bacząc na zmęczenie. Zmiany przeprowadzane są co kilkanaście minut. Wokół narastający mróz. Wybiera się gruz, by udrożnić dojście do zasypanych, którzy mogą być na niższych poziomach.”

Ruina nie ma szyb. Od strony Marszałkowskiej widać fragment opadłego stropu z pierwszego poziomu. Na jego fragmencie stoi biurko, którego część zwisa w powietrzu. Jest przechylone, tak mniej więcej 30 stopni od poziomu. Na biurku stoi szklanka. Szklanka jest w połowie pełna z niewypitą herbatą. Zamarzniętą w poziomie. Czyli poziom płynu jest pod kątem 30 stopni w stosunku do biurka. Widok tej przechylonej szklanki, która po wybuchu nie spadla, nie odleciała w przestrzeń, a zatrzymała się na biurku robi na nas jakieś niesamowite wrażenie. Wrażenie, które zapadło w mojej pamięci do dziś.

Wszyscy zdaja sobie sprawę z tego, że nawet jeśli ktoś przeżył, to ma niewielkie szanse doczekania pomocy przy trzaskającym mrozie.

Reklama
Reklama

Ludzie nie wierzyli liczbom

Długo można by tu opisywać to, co się działo w szpitalach, szczególnie przy Lindleya. Jak pracowali lekarze, pielęgniarze i wszyscy, którzy byli pomocni. Rannych nosili przypadkowi przechodnie, odwozili przypadkowi kierowcy. Przyjęto do szpitali kilkaset osób. Ranni byli nie tylko ci, którzy byli w Rotundzie – szkło po wybuchu raniło ludzi, którzy znajdowali się daleko od miejsca wybuchu. Ponad półtora tysiąca osób oddało krew.

Byliśmy na miejscu katastrofy również o godz. 8 rano. Akcja ratunkowa trwała nadal. Ciężkiego sprzętu nie można było użyć, bo konstrukcja groziła zawaleniem. Dach spadłby na pracujących ludzi w podziemiach. Ekipy zmieniały się, jak przy akcjach ratunkowych w kopalniach – co kilkanaście minut, ze względu na już wspomniany siarczysty mróz. Koło południa wiadomo już było, że nie ma nikogo w ruinach – ani żywego, ani martwego. W „Expressie” następnego dnia wydrukowaliśmy pierwszą listę 21 zabitych. Wśród nich znalazła się młoda para studentów historii UW, którzy kilka dni po ślubie poszli wpłacić do banku pieniądze.

Ostateczna lista ofiar sięgnęła 49 osób. To im poświęcona jest tablica, którą umieszczono przy odbud

Ostateczna lista ofiar sięgnęła 49 osób. To im poświęcona jest tablica, którą umieszczono przy odbudowanej Rotundzie PKO

Foto: Szczebrzeszyński

Ostateczna lista ofiar sięgnęła 49 osób. Nie wierzono w to. Wszyscy byli przekonani, że jest jednak wyższa. Polska opinia publiczna znalazła na te liczbę wytłumaczenie bardzo szybko. Krążyła plotka, że ponoć powyżej 50 zabitych powoływana być powinna komisja międzynarodowa. To wystarczyło, żeby uważano powszechnie, że zabitych w wyniku wybuchu było więcej.

Reklama
Reklama

Winna „zima stulecia”

Jednak największym znakiem zapytania było to, co spowodowało wybuch. Warszawa wiedziała – tak, jak w 1975 w pożarze Centralnego Domu Dziecka (dziś Smyk) nie była zaiskrzenie przewodów elektrycznych, tylko był napalm, tak teraz na pewno była bomba. Po co? Tego nie potrafiono wytłumaczyć. Wytłumaczenie było jedno, że chciano odwrócić uwagę od klęski zimy stulecia. Władze, szczególnie PZPR, starały się uspokoić nastroje.

Komisja rządowa po jakimś czasie wydala werdykt. W Rotundzie wybuch gaz. Problem polegał na tym, że w Rotundzie nie było instalacji gazowej. Jak przekonać społeczeństwo do tego, o tym, że przyczyną katastrofy był jednak gaz? To było trudne zadanie. Ustalono, że gaz dostał się jakimiś przewodami z nieszczelnych rur, gdzieś z sąsiednich zabudować albo po prostu z sieci przewodów podziemnych.

Mrozów zimy stulecia nie wytrzymał widoczny na ilustracji zawór. Przez powstałą nieszczelność do piw

Mrozów zimy stulecia nie wytrzymał widoczny na ilustracji zawór. Przez powstałą nieszczelność do piwnic Rotundy PKO migrował gaz.

Foto: Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji

Znaleziono też winnego. Okazała się nim właśnie owa zima stulecia. Winne temu były zamarznięte i zasypane śniegiem uliczne studzienki kanalizacyjne, którymi, gdyby były drożne, gaz by się spokojnie ulotnił. A ponieważ nie mógł, to gromadził się w pomieszczeniach Rotundy. Wystarczyło zaiskrzenie przy zapalaniu światła, żeby dokonało się wielkie nieszczęście w centrum stolicy. Warszawska ulica powtarzała wówczas wisielczy dowcip: Jak rozpoznać to, że za chwile wybuchnie gaz? Po prostu trzeba posłuchać. Jak słychać cykanie: Cyk, cyk, cyk... Niezorientowanym tłumaczymy, że w zapalniku słychać cykanie czasometru.

Reklama
Reklama

Informacji nie dało się zatrzymać

Był z tego dramatu jeden pożytek na jakiś czas. Obsesyjnie zaczęto dbać o to, żeby studzienki uliczne nie były zasypane, liśćmi i śniegiem, a szczególnie, żeby nie była zamarznięte. I nie był to słomiany ogień – dbano o drożność również w następnych latach, bo mroźne i śnieżne zimy były wówczas nie tylko na przełomie 1978 i 1979 roku, ale i po ogłoszeniu stanu wojennego w 1981 roku.  

Relacje prasowe z tragedii były bardzo okrojone. Jednak nie dawało się informacji zatrzymać, bo dramat wydarzył się w samym centrum miasta.

Nie udało się też władzy uchronić przed fotoreporterami, oni zarejestrowali dramat jaki rozegrał się w tamto lutowe popołudnie.

---

Wykorzystałem fragmenty tekstu z „Expresu Wieczornego” z 16 lutego 1979 roku, który powstał z relacji m.in. Jana Stachurskiego i mojej.

Reklama
Reklama