To, co dla twórców było artystycznym manifestem i próbą tchnięcia nowej energii w miejski krajobraz, dla wielu odbiorców stało się jednak niezrozumiałym aktem wandalizmu. Umieszczenie agresywnego wizualnie graffiti na modernistycznym budynku wywołało konflikt wartości, którego firma prawdopodobnie nie przewidziała w swoim planie marketingowym.
Saska Kępa. Dzielnica, która nie wybacza błędów
Reakcja lokalnej społeczności była natychmiastowa i nadzwyczaj solidarna. Mieszkańcy Saskiej Kępy, którzy od lat toczą nierówną walkę z nielegalnymi bazgrołami niszczącymi ich domy, odebrali akcję Lukullusa jako policzek. Głos w sprawie zabrała radna dzielnicy Praga-Południe, Dorota Spyrka, która bez ogródek nazwała akcję normalizacją wandalizmu.
Radna zwróciła uwagę na paradoks: właściciele cukierni szlify zawodowe zdobywali we Francji, a jednak trudno wyobrazić sobie, by podobna „reklama” mogła pojawić się na zabytkowej fasadzie w sercu Paryża. Argumentacja radnej uderzyła w najczulszy punkt – koszty. Podczas gdy bogata firma traktuje elewację jak darmowy słup ogłoszeniowy, wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe muszą wydawać ogromne kwoty z własnych kieszeni, by usuwać skutki działalności grafficiarzy, którym Lukullus nieświadomie nadał moralne alibi.
Zareaguje konserwator zabytków
Skandal szybko przeniósł się z mediów społecznościowych do gabinetów urzędników. Radny Robert Migas podjął interwencję u Mazowieckiego Konserwatora Zabytków, co zaowocowało zapowiedzią oficjalnej kontroli. Okazało się bowiem, że budynek przy Walecznych 29 jest objęty ochroną konserwatorską, a każda ingerencja w jego wygląd zewnętrzny wymaga stosownych pozwoleń, których cukiernia nie posiadała. Firmie grożą teraz wysokie kary finansowe, które mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Park Kulturowy – czas na rygorystyczne zasady?
Incydent z Lukullusem stał się dla radnego Migasa pretekstem do odkurzenia tematu, który od lat budzi emocje – wprowadzenia na Saskiej Kępie Parku Kulturowego. Jest to narzędzie, które w Warszawie z powodzeniem funkcjonuje już na Starym Mieście oraz w Wilanowie, a polega na narzuceniu sztywnych ram prawnych dla całej przestrzeni publicznej.
W ramach takiego parku urzędnicy mogą precyzyjnie określić dopuszczalną kolorystykę elewacji, maksymalne wymiary szyldów, a nawet wygląd parasoli w ogródkach gastronomicznych. Na Starym Mieście dzięki tym przepisom zniknęły agresywne reklamy wielkoformatowe i pstrokaty chaos, a przestrzeń odzyskała swój historyczny blask. Wprowadzenie podobnych regulacji na Saskiej Kępie oznaczałoby koniec ery "marketingowej partyzantki" i wymusiło na przedsiębiorcach pełną dyscyplinę estetyczną, co dla jednych byłoby zbawieniem, a dla innych znacznym ograniczeniem swobody twórczej.
„Jest nam głupio”, czyli lekcja pokory w cieniu kryzysu
W obliczu narastającej fali krytyki i realnej groźby surowych sankcji, Lukullus wydał drugie oświadczenie, w którym ton rebelii ustąpił miejsca pokorze. Właściciele przyznali, że nie spodziewali się aż tak negatywnego odbioru i przeprosili szczególnie społeczność Saskiej Kępy, deklarując: „jest nam głupio, że was rozwścieczyliśmy”.
Firma zobowiązała się do natychmiastowego usunięcia graffiti, gdy tylko pozwolą na to warunki pogodowe, oraz do przywrócenia elewacji do stanu idealnego na własny koszt.