W efekcie, zamiast oddać nowoczesne wyciągi orczykowe i taśmy dla początkujących na trwający właśnie sezon, termin zakończenia prac wyznaczono na czerwiec 2026 roku. Dla tysięcy dzieci szkolących się w lokalnych szkółkach narciarskich oraz dla setek instruktorów oznacza to rok wyrwany z życiorysu i konieczność szukania alternatyw daleko poza granicami miasta. Urzędniczy bezłsw działaniu sprawił, że największa zimowa atrakcja stolicy świeci pustkami w samym środku ferii.
Saneczkarze na celowniku
Naturalnym odruchem mieszkańców pozbawionych dostępu do profesjonalnego stoku było skierowanie kroków ku pobliskiemu Parkowi Korotyńskiego. To tam tradycyjnie, od pokoleń, dzieci zjeżdżały na sankach z łagodnych wzniesień dawnych umocnień. Jednak i tutaj na warszawiaków czekała przykra niespodzianka w postaci urzędniczych blokad. Na mocy decyzji administracyjnych, w miejscach najchętniej wykorzystywanych przez sankarzy, dokonano tak zwanych nasadzeń zastępczych.
Wiceburmistrz Justyna Glusman w oficjalnej korespondencji argumentowała, że zjeżdżanie z fortów jest niebezpieczne i niszczy zieleń, dlatego priorytetem stała się ochrona młodych drzewek, a nie rekreacja mieszkańców.
Aby fizycznie uniemożliwić korzystanie z górek, na zboczach zamontowano siatki zabezpieczające, które przez lokalną społeczność zostały szybko ochrzczone mianem zasieków. W piśmie z grudnia 2025 roku władze dzielnicy wprost stwierdziły, że w parku nie ma wyznaczonych miejsc do zjeżdżania na sankach, co postawiło rodziców w sytuacji bez wyjścia.
Zamiast wspierać aktywność fizyczną na świeżym powietrzu, urząd postawił na grodzenie przestrzeni publicznej, tłumacząc to troską o bezpieczeństwo i przyrodę, co w oczach wielu osób jest jedynie próbą uniknięcia odpowiedzialności prawnej za ewentualne wypadki.
Bunt sankarzy i upadek zaufania do władzy
Frustracja warszawiaków znalazła ujście nie tylko w internecie, gdzie urzędnicze pomysły nazywane są wprost ludzką głupotą, ale także w realnych działaniach. Mieszkańcy podkreślają, że całe pokolenia jeździły w tych miejscach bezpiecznie, a obecna polityka nasadzeń w miejscach rekreacji to przejaw arogancji. Warszawiacy komentują, że siatki jedynie zabierają przestrzeń, stwarzając większy tłok na pozostałych fragmentach zbocza, co realnie obniża poziom bezpieczeństwa.
Atmosfera stała się na tyle napięta, że doszło do aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa – siatki w Parku Korotyńskiego zaczęły być samodzielnie demontowane przez mieszkańców, co spotkało się z szeroką aprobatą sąsiadów.
Zamiast spójnej polityki sportowej, warszawiacy otrzymali kosztowny, spóźniony remont na Szczęśliwicach oraz walkę o każdy metr trawnika w Parku Korotyńskiego. Pytanie, czy miasto jest dla ludzi, czy dla urzędników, pozostaje w te ferie wyjątkowo aktualne.