11.1°C
1022.1 hPa
Życie Warszawy
Reklama

Wileńska 11. Siła trwania na przekór historii

Publikacja: 21.03.2026 14:30

Kamienica przy Wileńskiej 11 zabezpieczona przed szabrem i dewastacją czeka na remont

Kamienica przy Wileńskiej 11 zabezpieczona przed szabrem i dewastacją czeka na remont

Foto: Krzysztof Michalski

Ponad miesiąc temu pisaliśmy w "Życiu Warszawy", że los, dla zaniedbanej ulicy Wileńskiej i kamienic przy niej stojących, wreszcie okazał się łaskawy. Starych mieszkańców kamienicy przy Wileńskiej 11 nadzieja na lepsze jutro nigdy nie opuściła i okazuje się, że choć musieli opuścić nieremontowane od lat mury swojego domu, to oni mieli rację - ich dom przetrwał. Codzienność schyłkowego PRL i życie w podupadającym budynku przedstawia tekst Piotra Rachtana z 1980 roku.

Kamienica nie różni się od innych, które spotkać można w tej części Pragi. Stare mury, odarte z tynków, już dawno straciły świeży, ceglany kolor. Mroczny tunel bramy, za którym pierwsze podwórze, znów brama, jeszcze bardziej mroczna i kawałek następnego podwórza, z trzepakiem, ubikacją i jakimiś komórkami.

Kamienica dawno już przeżyła swoją świetność. Jest stara, nawet bardzo stara, starsza od wielu podobnych czynszówek Pragi, Woli a nawet Śródmieścia. Kamienica przy Wileńskiej ma 138 lat. Następne domy, trzynastka, piętnastka itd są znacznie młodsze, o dobre pięćdziesiąt lat.

Wielkie historie tę kamienicę ominęły

Świetność kamienicy przeminęła z jej młodością. Trudno uchwycić moment, kiedy przestała być porządną, zadbaną czynszówką, z lokatorami regularnie płacącymi komorne do dziesiątego każdego miesiąca, z błyszczącymi szybami okien i czystym podwórzem.

– Może stało się to wraz ze śmiercią pana Denisa, starego dozorcy, który wszystko trzymał w garści i nikomu nie popuścił? On uważał się za prawdziwego gospodarza, niektórzy lokatorzy sądzili nawet, ze jest współwłaścicielem kamienicy.

Reklama
Reklama

Upadek kamienicy, moment przejścia od marmurowych schodów do łat z lastriko, od zamykania bramy na noc do oberwanych zawiasów, od lepszych lokatorów w mieszkaniach frontowych do pana X, który prowadzi jedną z pięciu melin w podwórzu jest długim okresem powolnych zmian. Kamienica ma więc te swoje 138 lat i historię, którą odnaleźć można już tylko w ludzkiej pamięci, bo nikt jej nie zapisał, wielkie wydarzenia, o których wspomina historia, tę kamienicę ominęły. Okrzeja rzucił swoją bombę pod dziewiątym, bo tam był cyrkuł carskiej policji. Ambasada radziecka w 1945 roku wprowadziła się pod siódemkę, a pod trzynastkę, do aktorów – jakieś agendy rządowe. Najwyżej – zmieniała właściciela.

W 1934 roku od Turscha kupił ją Frydman, za 400 tysięcy złotych. Pan Wróblewski, krawiec, którego ojciec, a przedtem – dziad mieli tu na parterze od frontu zakład krawiecki mówi, że taka kamienica to był złoty interes. Z samego komornego od lokatorów Frydman miał 3 tysiące złotych. A do tego czynsz od policji, za komisariat i od aptekarza za aptekę. Ojciec pana Wróblewskiego płacił dużo, za pokój z kuchnią płacił dużo, za pokój z kuchnią plus sklep 156 złotych. Komorne od lokatorów było wtedy bardzo zróżnicowane.

Starosta grodzki dzielnicy Praga, pan Lichtenstein, który mieszkał w czteropokojowym apartamencie na drugim piętrze od frontu nad komisariatem, płacił około 200 złotych. A za pojedynkę – pokój na 4-tym piętrze w oficynie, bez wody, ubikacji i gazu, tylko z elektrycznością i piecem węglowym, płaciło się 10 złotych. Czynsz za pokój z kuchnią rósł już do 40 złotych.

Smakosz na etacie u Wedla

Frontowe sklepy zajmowała kolektura loterii Wolańskiego. Nie dorównywała popularnością innej jego kolekturze, na Nowym Świecie, choć w witrynie wystawiono to samo hasło reklamowe: „Szukasz szczęścia, wstąp na chwilę". I jeszcze: „Tu padł milion". Milion właściwie nie padł, bo los, którego numer wyciągnięto w losowaniu nagrody głównej, nie został sprzedany.

A obok Wolańskiego sprzedawał bieliznę damską Józefowicz, najlepszy na Pradze bieliźniarz, do którego przyjeżdżały czasem panie nawet z Marszałkowskiej.

Reklama
Reklama

Mieszkania od ulicy były dla bogatych – starosta, lekarz, adwokat, także – bogaty rzeźnik zajmowali 4-5-pokojowe mieszkania z gazem i łazienką każde.

Od frontu też mieszkał specjalista od czekolady. Był on po prostu smakoszem na etacie u Wedla. Próbował różnych smaków i wyrokował, który gatunek jest lepszy. Rzadko chodził do pracy i całe dnie spędzał przy patefonie, bo był melomanem. Cała kamienica słuchała z nim arii Carusa i basu Szalapina.

Zainwestował w dozorcostwo

Parter prawego skrzydła zajmował areszt XIV komisariatu, z żelaznymi blindami na oknach, a po lewej stronię mieszkał pan Denis, dozorca, który w 1930 roku odkupił dozorcostwo za dwa i pół tysiąca złotych, bo miał spadek na wsi. Z dziesięciu tysięcy siedem pożyczył sąsiadowi i te pieniądze przepadły. Resztę zainwestował w dozorcostwo.

Pan Denis był dozorcą przez 35 lat. Pamięta go wielu lokatorów, jego niedużą .sylwetkę, charakterystyczną, na łysej głowie okrągłą czapkę z daszkiem i miotłę, z którą się nie rozstawał. Pan Denis, mówią, był prawdziwym gospodarzem, dzieci, jeżeli hałasowały, albo śmieciły gonił z miotłą, a gdy już się postarzał i nogi nie nadążały ciskał miotłą jak oszczepem, dzieci uciekały i z bezpiecznej już odległości skandowały: – Janusz Sidło, Janusz Sidło.

Sam zawsze otwierał w nocy bramę. Jeśli obudził go ktoś obcy, kogo nie znal, najpierw dokładnie wypytał, do kogo i po co, dopiero po tej indagacji ewentualnie wpuścił. Otwierał bramę, wystawiał rękę, ale tak, żeby nie patrzeć, ile dostaje.

Reklama
Reklama

Pan Cybulski, właściciel warsztatu dziewiarskiego, mówi, że Denis i tak wiedział ile mu dają, bo jeżeli uznał, że dostał dość, szybko zapalał lokatorowi światło na klatce schodowej. Jeśli napiwek był za mały, to albo się ociągał, albo też w ogóle nie zapalał światła.

Wdowa po panu Denisie twierdzi, że to były czasy samych porządnych lokatorów, którzy męża poważali, a on odwdzięczał się dbałością o cały dom. Dlatego po wojnie nie chciał pójść do nowego bloku, choć wiele razy administracja proponowała, bo, mówił, on swoich lokatorów zna i nie będzie się uczył nowych nazwisk. Poza tym nowe bloki powstają gdzieś daleko a Wileńska to przecież pryncypalna ulica, druga zaraz po Targowej.

Wielkie pranie u starosty

Denis szanował wszystkich lokatorów, ale najbardziej tych od frontu i tych, którzy dzieci nie wypuszczali na podwórko. Pani Denisowa mówi, że wtedy tylko gorsi, to znaczy – biedniejsi mieszkańcy pozwalali im bawić się na podwórzowym bruku. Córka starosty, na przykład, miała zakaz spotykania się z dziećmi z kamienicy, bywała u niej tylko pani Jabłońska. Ale też i ojciec pani Jabłońskiej był nie byle kim – sierżantem komisariatu. Sporo policjantów mieszkało pod 11-tym, większość w oficynie, od frontu tylko komisarz Sobota. Ale i on nie dorównywał panu staroście, nie stać go było na przykład na powóz, jeździł dorożką, zaś pan starosta – własnym wolantem.

Kaminicy po wojnie nie remontowano. Odpadające tynki groziły przechodniom, postanowiono więc je skuć

Kaminicy po wojnie nie remontowano. Odpadające tynki groziły przechodniom, postanowiono więc je skuć.

Foto: Fotopolska

Staroście dobrze się powodziło. Podobno żona wniosła mu duży majątek we wianie. Kamienica miała sposobność ocenić jego bogactwo, wiadomo przecież było, że człowiek zamożny ma dużo bielizny. Im więcej zmian – tym jest bogatszy. I tym rzadziej musi prać pościel i bieliznę. A u starosty pranie odbywało się raz w roku, około Wielkiejnocy. Trwało dwa dni, z okien kuchni buchały kłęby pary, a ludzie w kamienicy zastanawiali się, gdzie starościna trzyma tyle prześcieradeł, poszew i obrusów.

Reklama
Reklama

Starosta ubierał się czasem u ojca pana Wróblewskiego, choć dobry garnitur z firmowej, bielskiej wełny kosztował co najmniej 160 złotych. A niekiedy u Wróblewskiego zamawiał ubranie sam prezes dyrekcji kolei państwowych, ten, który miał zielony samochód.

Na ślubie córki prezesa podczas wesela w dyrekcji, która przecież stoi po drugiej stronie ulicy, na gości przed 11-ką czekało 25 wynajętych karet. W kamienicy długo jeszcze mówiło się o tym wydarzeniu, choć ulica szybko wróciła do swojego szarego codziennego życia.

Działo przestało zagrażać kamienicy

W czas wojny sporo się w kamienicy zmieniło. Najpierw 10 września 39-ego roku na dom upadła bomba i zburzyła część oficyny. Niektórzy mówią, że to dlatego, że na podwórzu stanęła wojskowa kuchnia polowa i Niemcy chcieli ją zniszczyć. Inni twierdzą, że bomba była przeznaczona albo dla Dyrekcji bo na jej dachu stało działko przeciwlotnicze, albo wręcz dla Dworca Wileńskiego. Faktem jest, że bomba naruszyła dom i zrujnowała oficynę, która straszyła aż do 52-ego roku, kiedy ją odbudowano.

Poza tym niewiele są zmieniło, ot, może ubyło lepszych lokatorów. Zniknął właściciel – Żyd i lekarz, też Żyd. Został Denis, policja granatowa. I część przedwojennych  mieszkańców. Kiedy wybuchło powstanie policjanci zrzucili mundury i któryś wywiesił białoczerwoną flagę nad bramą. Wtedy z Targowej wyjechał niemiecki czołg a jego nieruchoma lufa celowała wyraźnie w bramę domu. Któryś z policjantów szybko przywdział znów mundur i ściągnął flagę. Wieżyczka czołgu obróciła się, działo przestało zagrażać kamienicy.

Wojna powoli kończyła się dla kamienicy. Nikt z jej mieszkańców nie dokonał cudów waleczności czy heroizmu, raz tylko do ojca pana Wróblewskiego przyszło trzech ludzi, chyba Niemców, jeden z nich dostał anonim, Że stary pan Wróblewski ma na niego dokonać zamachu. Skończyło się na wyjaśnieniu.

Reklama
Reklama

– Kto przysłał, ojciec wiedział – mówi dziś pan Wróblewski – Ale ja nie powiem.

– Sąsiad z kamienicy?

– To pan powiedział.

Kamienica starzała się i podupadała

Wyzwolenie przyszło nagle. I na parterze starsza pani Wróblewska zaraz urządziła świetlicę dla dzieci. Dzieci zrobiły scenę i śpiewały dla żołnierzy, którzy kwaterowali w dawnym komisariacie. A na pierwszym piętrze w oficynie pani Unicka, na którą dzieci mówiły pani Muszka, urządziła szkołę. Dzieci uciekały z niej na dach, żeby popatrzeć na palącą się Warszawę.

Reklama
Reklama

Wreszcie wszystko zaczęło się jakby normalizować. Komisariat zajęła milicja, w areszcie znów siedzieli aresztanci, pan Denis na święta państwowe wywieszał nad bramą flagę państwową. tylko w mieszkaniach się zagęściło i pojawiło się dużo nowych lokatorów.

Substancja mieszkaniowa Pragi była nienaruszona. Ludzie godzili się nawet na najgorszy ścisk, na spanie na zmiany, byle zahaczyć się znów w mieście. Kilka lat po wojnie zniknął komisariat i zdjęto blindy z okien aresztu.

Lokatorzy odetchnęli. Skończyły się korowody pijaków zwożonych nocą do aresztu, krzyki przekupek z bazaru Różyckiego, wykłócających się o zarekwirowane wózki czy przekleństwa dorożkarzy, którym za pijaństwo zatrzymano bryczkę. Lokatorzy sądzili, że teraz wreszcie zapanuje spokój.

Lecz niepostrzeżenie zmieniali się i lokatorzy, kamienica przecież starzała się i podupadała. Odpadające tynki groziły przechodniom, postanowiono więc je skuć. Jeden z robotników, ten młodszy, który lubił zaglądać do okien i zagadywać do panienek, spadł z rusztowania i się zabił. To była pierwsza ofiara bruku podwórza.

Potem była pewna starsza kobieta, z trzeciego piętra po lewej ręce, która bała się wszystkiego. Najbardziej bala się być sama, tego dnia rodzina wyszła, ona została sama, ogarnął ją lęk i... po-myliła okno z drzwiami. Po niej pewien staruszek wypadł z okna klatki schodowej.

W latach 90. XX wieku kamienica przy Wielńskiej 11 byłą wciąż zamieszkana

W latach 90. XX wieku kamienica przy Wielńskiej 11 byłą wciąż zamieszkana

Foto: Fotopolska

Nikt nie złoży donosu, ani nie podpisze zeznania

Kamienica długo żyła tymi wypadkami: Do czasu, aż przyćmiły je inne, mniej ważne może, ale przecież dotyczące wszystkich wypadki. Zmienił się skład społeczny lokatorów. Ci, których pani Denisowa nazywa porządnymi, znikali, wyprowadzali się do nowych dzielnic, na Pragę II a potem na Bródno. Ich miejsce zajmowali ludzie z wyburzeń, z Annopola i Targówka. Niektórzy spokojni, jak pani Dreczkowa, która ośmioro dzieci hoduje i zamiast drzwi ma trzy koce, inni – mniej spokojni, jak pan Stefek, z zawodu krawiec, człowiek na pozór spokojny, ale zawsze w coś wmieszany.

Pan Stefek ostatnio się nie pokazuje, leży w szpitalu, bo któryś z sąsiadów nożem go w udo dziabnął i wdała się gangrena. Sąsiedzi mówią, że pan Stefek teraz rozpija pacjentów oddziału szpitalnego. Ostatnio jak był w szpitalu, wszedł w spółkę z hydraulikiem Tolkiem, Stefek zbierał pieniądze od pacjentów, Tolek leciał po wódkę a potem razem pili. A kiedy Tolek miał wolne, pan Stefan sam przeskakiwał płot i pędził na Brzeską albo na Ząbkowską do znajomych melin. Kiedy wyjdzie ze szpitala, wróci pewnie do acnosanu.

Zamknięte też jest u Zdzisia. Na drzwiach wisi potężna kłódka. Ale sąsiedzi twierdzą, że Zdzisio wraca na noc. I w mieszkaniu bal trwa do trzeciej rano. Potem wszyscy znikają, bo może przyjść dzielnicowy. Zdzisia boją się wszyscy, nikt na niego nie złoży donosu, ani nie podpisze zeznania. Nawet „Wiśnia", którego Zdzisio ostatnie, z jednym z sąsiadów pobili, bo cykor jest,więc trzeba go było wyprostować.

„Wiśni" też dziś nie ma, wyszedł rano, zapytał sąsiada o godzinę, przetarł wodą oczy i poszedł.

Mają mu za złe, że ukradł w swojej kamienicy

Także Kaczorka nie zastaniesz, z więzienia wyjdzie na rok, chyba że nie wytrzyma kolejnej operacji. Bo Kaczorek alias Sierotka łyka scyzoryki i łyżki. Wnuk pana Jabłońskiego widział nawet na zdjęciu rentgenowskim żołądka nóż, a obok kawałek kratki osłaniającej więzienną żarówkę. Ostatnio w więziennym szpitalu operują Kaczorka tylko na żywca, bez znieczulenia. Kaczorek ma całe ciało pokryte tatuażem, kiedyś wyprowadzono go tylko w slipkach i wszyscy w kamienicy poświadczą. że na szyi wypisał niecenzuralne hasło, które na co dzień zakrywał apaszką. Kaczorek siedzi teraz za udział we włamaniu do mieszkania sąsiadki. Udział jego był niewielki, ale rzucający się w oczy – ludzi zdziwiło, że trzepie dywan. To było coś nowego – Kaczorek sprząta! A on odwrócił uwagę od okna, przez które, w dzień przecież, weszli koledzy. Teraz mają mu za złe, że ukradł w swojej kamienicy.

– Tego dawniej się nie robiło, kraść można wszędzie, tylko nie w swoim domu – mówi ktoś.

Nie ma też Faltyniaków, tych z drugiego piętra. Kiedyś kupili sobie „Junaka” i reperowali w kuchni, od uruchomionego silnika bez tłumika drżały szyby w pokoju u pana Cybulskiego, choć mieszka po drugiej stronie podwórza. Starszy z braci ćwiczył w młodości zapasy, a że był niewysoki, nikt nie wierzył, że potrafi się bić. Przychodzili do niego chłopaki aż z Grochowa, żeby się zmierzyć. Przychodzili, patrzyli z góry i już byli pewni wygranej. A on suplesem rozkładał każdego. U Faltyniaków można było zawsze napić się alpagi i porzucać siekierką w drzwi, bo bardzo lubili ćwiczyć rękę w rzutach.

– Wiele się zmieniło – mówi pani Denisowa – ludzie się boją, a ci, co mogą, to uciekają z kamienicy.

Wyprowadził się pan Jabłoński (do sąsiedniej kamienicy), czeka na mieszkanie pan Maciek Wysocki, który raz mieszka pod 11-tym a raz u teściów pod 13-tym.

Czeka i tak liczy: mieszkanie miał dostać w 1979. Za rok wejdzie pewnie na listę podstawową. Przydział dostanie w osiemdziesiątym drugim, w trzecim. A do nowego domu wprowadzi się po następnych dwu latach, w 85-tym. Pan Cybulski już sobie wybudował dom, zaś, tu pod 11-ym ma jeszcze tylko warsztat.

Dwudziestu mieszkańców pije nałogowo

Nowa dozorczyni, pani Drzazgowska (przejęła pracę po pani Sokołowskiej, która przejęła pracę po pani Dreczko, która przejęła pracę po tym Wojtku co się powiesił jak go żona rzuciła, a który przejął pracę po pani Denisowej) nie ma jeszcze nawet meldunku w Warszawie. Przyjechała tu z Olsztyńskiego. Mieszka z dwojgiem dzieci i mężem na parunastu metrach kwadratowych i mówi, że lepiej sobie tę stolicę wyobrażała. Że życie będzie bardzo kolorowe i łatwiejsze znacznie.

Ona nadziei wielkiej nie ma na zmianę. Tak jak pani Dreczko, która chciałaby właściwie, żeby tylko jej mieszkanie wyremontowano, i to też nie trzeba wszystkiego, żeby choć ten piec, którego drzwiczki kijkiem trzeba podeprzeć. Bo inaczej, mówi czasem pani Dreczko, zrobi ona jak ten wariat na Stalowej, który gazem pół kamienicy wysadził w powietrze. I żałuje wtedy, gdy tak mówi, że u niej gazu nie ma. A potem patrzy na stadko swoich dzieci i poprawia się, że nie zrobi tego, w końcu ta pensja 2900 i dodatek 1400 jakoś jej wystarczą. Wystarczy też naprawa pieca, drzwi, i jeszcze żeby sąsiedzi nie hałasowali po nocach.

Przecież w kamienicy jest 90 mieszkań, w tym trzy zajęte przez dzikich lokatorów, w pięciu są meliny, a dwudziestu mieszkańców pije nałogowo. Kilku lokatorów nie płaci czynszu a niektórzy kradną prąd. Trzy mieszkania według administracji, nie mają ubikacji a według starych mieszkańców co najmniej dziesięć. Parę tylko mieszkań ma gaz.

Stare kobiety się boją

W kamienicy zostały jeszcze wdowy: Nowakowska, Paplińska, Jakubowska i kilka innych. Stare kobiety w starym domu. Przemykają się cichaczem przez podwórze, starając się nie zwracać niczyjej uwagi, tylko czasem przystaną i popatrzą, jak Zdzisiek szarpie się z kimś, albo jak Stefek usiłuje trafić w drzwi klatki schodowej. Stare kobiety nie rozmawiają ani z Tolkiem, ani z „Wiśnią" czy Kaczorkiem. One się boją. Boją się inkasenta, boją się elektryka, każdy obcy budzi ich lęk. Rozmawiają z nim przez szparę w drzwiach, dokładnie wypytują do kogo i po co i wytężają wzrok w mrocznej klatce schodowej, żeby wyczytać  z twarzy obcego ewentualne zagrożenie.

Co czeka ten stary, wysłużony dom?

Wyburzenie, sądzą lokatorzy. Remont kapitalny już od stycznia, twierdzi administracja. pewnie ma rację w części ogólnej tego twierdzenia. Data nie ma zresztą takiego znaczenia. Kiedyś przecież ten remont się zacznie, a czy w tym roku czy za dwa lata, co za różnica?

Czym jest bowiem rok czy dwa wobec długiej historii tej starej, podupadłej już mocno kamienicy która mimo swój posunięty wiek i nie najlepsze dziś prowadzenie, wciąż tkwi w pejzażu miasta.

o autorze

Piotr Rachtan

Rocznik 1949. W marcu 1968 uczestnik zbierania podpisów w obronie Adama Michnika i Henryka Szlajfera, pod protestem ws. Dziadów oraz akcji ulotkowych, IV 1968 relegowany z uczelni po rewizjach i przesłuchaniach. 1970 po odbyciu służby wojskowej (1969–1970 żołnierz z poboru) z powrotem przyjęty na UW, 1968–1969 pracownik Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego na Hali Gąsienicowej, robotnik w Przedsiębiorstwie Robót Kolejowych nr 7 w Warszawie, W latach 70. współorganizator i prezes Uniwersyteckiego Klubu Alpinistycznego w Warszawie. 1973–1981 reporter, dziennikarz w tygodniku „Kulisy”.

1980 członek Komitetu Założycielskiego „S” w Warszawskim Wydawnictwie Prasowym. 1981 publicysta i członek pierwszej redakcji „Tygodnika Solidarność” (formalnie do 1983), IX–X 1981 korespondent „Głosu Wolnego”.

13 grudnia 1981 zatrzymany i po przesłuchaniu zwolniony. w latach 1982–1989 autor tekstów dla pism podziemnych (m.in. dla „Tygodnika Wojennego”, „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych”, „Biuletynu Informacyjnego ZR Ziemia Sieradzka”) i Radia „Solidarność”. W 1987 roku przewodnik dziennikarzy francuskich podczas pobytu Jana Pawła II w Polsce.

W latach 1994–1997 z-ca redaktora nacz. „Gazety Bankowej”. 1997–1999 prowadzący wydania w redakcji „Gazety Giełdy Parkiet”. W 2005 roku dyrektor PW „Rzeczpospolita” SA,. Autor artykułów i reportaży w wielu czasopismach, współautor książki Twój wredny szef (2005), od 2017 na emeryturze. Redaguje „Monitor konstytucyjny”. Autor książek „Raport gęgaczy. O kłamstwach, manipulacjach i prawdziwych zamiarach środowiska PiS” wspólnie z Krzysztofem Łozińskim oraz „Na zapleczu PRL-u. Erozja”.

----

Tekst pierwotnie ukazał się w „Expressie Wieczornym” 4 stycznia 1980 roku.

Reklama
Reklama