1.3°C
1031.1 hPa
Życie Warszawy
Reklama

Warszawska KO głosuje na swoje władze. Jedna osoba „do wycięcia”

Publikacja: 08.03.2026 17:05

Członkowie partii mogą głosować na Marcina Kierwińskiego, Jana Grabca i Donalda Tuska. Żaden z nich

Członkowie partii mogą głosować na Marcina Kierwińskiego, Jana Grabca i Donalda Tuska. Żaden z nich nie ma kontrkandydata

Foto: PAP/Radek Pietruszka

Członkowie warszawskiej Koalicji Obywatelskiej głosują w niedzielę na przewodniczącego partii w powiecie warszawskim, na Mazowszu i w kraju. Nie można napisać, że ich wybierają, bo do każdej funkcji jest tylko jeden kandydat.

Na szefa powiatu warszawskiego kandyduje Marcin Kierwiński, na szefa na Mazowszu – Jan Grabiec, na szefa partii w kraju – Donald Tusk.

Trzech bezkonkurencyjnych kandydatów KO

Przy każdym z nich można głosować „za” albo „przeciw”. Czyli każdego z nich można odrzucić?

– Teoretycznie tak i pewnie tych skreśleń byłoby więcej, gdyby wybory odbywały się np. online – mówi nam jeden z członków KO w Warszawie. – Jednak władze partii zorganizowały głosowanie stacjonarne, co oznacza, że wszyscy muszą przyjechać w jedno miejsce. Panuje tam tłok, są kolejki, a przede wszystkim każdy patrzy każdemu w kartki. A kto podniesie rękę na władze partii, temu władze partii tę rękę utną – dodaje.

Władze Koalicji Obywatelskiej zadbały też o to, by odpowiednie osoby znalazły się w ciałach statutowych partii. I tak na 27 miejsc delegatów do powiatu warszawskiego lista liczy dokładnie 27 osób. Szczypta demokracji wkradła się natomiast na listę kandydatów do rady powiatu warszawskiego. Na 60 miejsc kandyduje tam 61 osób, co oznacza, że jedna z nich się nie dostanie.

Reklama
Reklama

– To farsa, a nie głosowanie, nawet tam nie poszedłem – mówi jeden z członków partii, który w najbliższym czasie planuje oddać legitymację partyjną. – Miałem nadzieję, że coś się zmieni po połączeniu z Nowoczesną, ale jak widać – wszystko po staremu.

Wybory z jedną listą i liczbą kandydatów równą mandatom

Takie wybory to w Polsce nie nowość. We wszystkich wyborach parlamentarnych i do rad narodowych w PRL (1947–1985) wystawiano tylko jedną listę Frontu Jedności Narodu (do 1983) lub PRON, z liczbą kandydatów równą mandatom.

Podobnie było w ZSRR. Kandydatów nominowały tam wyłącznie organizacje partyjne, komitety komunistyczne i stowarzyszenia zależne od KPZR na lokalnych zebraniach (np. w zakładach pracy, kołchozach czy radach deputowanych). Proces był kontrolowany od dołu do góry: partia centralna zatwierdzała listy, uniemożliwiając niezależnych; liczba kandydatów równała się miejscom.

Podobne rozwiązania działają na świecie również obecnie. W wyborach do Najwyższego Zgromadzenia Ludowego Korei Północnej zawsze głosuje się tylko na jednego kandydata z listy partii komunistycznej i zależnych organizacji, bez możliwości wyboru.

Również w Chinach wybory na poziomie krajowym odbywają się wyłącznie na jedną oficjalną listę kandydatów zatwierdzonych przez Komunistyczną Partię Chin (KPCh), bez realnej konkurencji czy możliwości wyboru alternatywy. Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych (OZPL) zbiera się raz w roku (np. marzec 2026 na sesji "Dwóch Sesji") i formalnie zatwierdza decyzje KPCh.

Reklama
Reklama

Podobne mechanizmy można było spotkać w ostatnich czasach m.in. w Wenezueli, na Białorusi czy Mjanmie (Birmie).

Reklama
Reklama