W samo południe pod Biblioteką Uniwersytecką (starym BUW-em na kampusie przy Krakowskim Przedmieściu) rozpoczęło się zgromadzenie. Z okna BUW-u odezwę odczytali Irena Lasota i Mirosław Sawicki.
Dla mnie i dla mojego pokolenia te dni były najlepszą lekcją wychowania obywatelskiego. Lekcja, jaką odebrałem, odebraliśmy na Uniwersytecie Warszawskim, na innych uczelniach, na ulicach, była nie do zapomnienia, była najskuteczniejszą, jaką odebrałem przed dwudziestką.
Atmosfera na Uniwersytecie była gorąca od początku roku akademickiego 1967/68. W październiku 1967 roku w „siedemnastce”, czyli w największej sali na historii odbyło się spotkanie z okazji 10-lecia polskiego października – chodziło nie o ten Październik z 1956 roku, kiedy to Władysław Gomułka doszedł do władzy, a na Placu Defilad odbył się wiec z udziałem – jak liczono ponad stu tysięcy osób. Chodziło o ten następny październik z 1957 roku, kiedy to milicja rozpędzała studentów protestujących przeciwko likwidacji pisma „Po prostu”.
Reklama
Reklama
Zamieszki z 1957 roku pamiętałem, bo walki milicji ze studentami odbywały się m.in. na Marszałkowskiej i odgłosy detonacji, wybuchające petardy i granaty z gazem łzawiącym było u mnie w domu słychać.
To był tylko wstęp
Na tym spotkaniu w 1967 roku siedziałem pod ławką w kąciku, bo tłum na sali był gęsty. Ale to był wstęp, później 25 listopada była premiera „Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym ze wspaniałymi rolami Józefa Duriasza jako księdza Piotra i Gustawa Holoubka grającego Gustawa-Konrada. Spektakl miał uświetnić obchody 50. rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, ale stało się inaczej.
„Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym ze wspaniałymi rolami Józefa Duriasza jako księdza Piotra i Gustawa Holoubka grającego Gustawa-Konrada
Foto: IPN
Władze jednak uznały spektakl za antyradziecki, antyrosyjski oraz religiancki i zaczęły ograniczać liczbę przedstawień, utrudniać możliwość kupowania biletów. Na każdym spektaklu widzów było jednak coraz więcej, byli coraz głośniejsi i żywiołowo reagowali na wiele słów płynących ze sceny. Skończyło się tym, że minister kultury i sztuki w styczniu 1968 roku zdjął spektakl z afisza. Ostatnie przedstawienie odbyło się 30 stycznia.
Reklama
Reklama
Reklama
Po nim widzowie, studenci powędrowali pod Pomnik Mickiewicza i krzycząc „wolna sztuka”, wolny teatr” i złożyli pod pomnikiem wieszcza kwiaty. Milicja demonstrację rozpędziła i aresztowano kilkadziesiąt osób. Atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Adam Michnik i Henryk Szlajfer następnego dnia opowiedzieli o przebiegu wydarzeń korespondentowi francuskiego „Le Monde”.
Grosze dla aktywu
Na początku lutego zaczęto zbierać podpisy pod listem w sprawie przywrócenia „Dziadów”. 10 lutego zakaz wystawienia spektaklu potępili literaci ze Związku Literatów Polskich. Na początku marca Michnika i Szlajfera wyrzucono z Uniwersytetu.
Na 5 marca zapowiedziano wiec, który najpierw odwołano, a później przełożono na piątek 8 marca. W samo południe pod Biblioteką Uniwersytecką (starym BUW-em na kampusie przy Krakowskim Przedmieściu) rozpoczęło się zgromadzenie. Z okna BUW-u odezwę odczytali Irena Lasota i Mirosław Sawicki.
7 minut po południu na dziedziniec Uniwersytetu wjechało kilkanaście autobusów – to były biało-niebieskie Jelcze. Wysiedli z nich mężczyźni – jak wówczas mówiono – aktyw robotniczy.
Foto: IPN
Wówczas pracowałem w lektorium, czyli bibliotece Instytutu Historycznego, a więc praktycznie w samym centrum UW. Pracę skończyłem o godz. 12. O wiecu wiedziałem jak wszyscy, wyszedłem z naszego gmachu i patrzyłem na manifestcję. 7 minut po południu na dziedziniec Uniwersytetu wjechało kilkanaście autobusów – to były biało-niebieskie Jelcze. Wysiedli z nich mężczyźni – jak wówczas mówiono – aktyw robotniczy. Później jednak okazało się, że to aktywiści PZPR z warszawskich zakładów pracy. Zaopatrzeni w pałki próbowali rozpędzić wiec. Studenci obsypywali ich groszowymi monetami.
Golędzinów w akcji
Zamieszanie było coraz większe – aktyw wciągał ludzi do autobusów, zaczęło się przepychanie i pałowanie. Mnie złapał jeden z nich za łokieć, chciał doprowadzić do autobusu, ale mu się nie udało. Wróciłem na historię. Pobity został mocno wiekowy prof. Stanisław Herbst – dziekan naszego wydziału. Próbował uspokoić aktywistów i osłonić studentów. Przepychanki trwały około dwóch godzin. Później zrobiło się spokojniej.
Reklama
Reklama
To był jednak spokój pozorny, bo po godz. 14.30 do akcji wkroczyło ZOMO, czyli Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej – pałkarze, w długich płaszczach z długimi pałami. A że stacjonowali na warszawskim Golędzinowie, to formacja ta nosiła nieoficjalną nazwę Golędzinów. Wkroczyli, zaczęło się pałowanie kogo popadnie, na Krakowskim, na Uniwerku.
Milicja zapędziła grupę studentów do kościoła Św. Krzyża. Zatrzymali się jednak na schodach pod figurą Chrystusa
Foto: IPN
Milicja zapędziła grupę studentów do kościoła Św. Krzyża. Zatrzymali się jednak na schodach pod figurą Chrystusa. Ale nie doczekali się, bo studenci wyszli tylnym wyjściem, wskoczyli do trolejbusu linii 56, który jechał ulicą Traugutta i skręcał w lewo w Krakowskie. Studenci z otwartych drzwi grozili i krzyczeli na golędziniaków.
Taki był początek Marca ‘68. Dla mnie i dla mojego pokolenia te dni były najlepszą lekcją wychowania obywatelskiego. Lekcja, jaką odebrałem, odebraliśmy na Uniwersytecie Warszawskim, na innych uczelniach, na ulicach, była nie do zapomnienia, była najskuteczniejszą, jaką odebrałem przed dwudziestką.
Początek odliczania
Niektórzy mówią górnolotnie, że Marzec ‘68 był początkiem drogi do Niepodległości. System totalitarny ujawnił i pokazał swoją najbrzydszą twarz - antydemokratyczną, antywolnościową, antyinteligencką, antysemicką, antyniepodległościową. System rozwiał złudzenia, co do dalszej możliwości reformowania go. Sama władza zmyła złudzenia, z jakimi wielu ludzi żyło. Wtedy stało się jasne, że reformowanie tamtego systemu raczej się nie uda.
Największym dorobkiem Marca ‘68 był początek myślenia wspólnego. Myślenia o tym, że trzeba przekroczyć bariery schematów, bariery między tradycyjnym światem lewicy i prawicy. Bo te bariery pękły w Marcu ‘68 roku.
Reklama
Reklama
To co zaczęlo się w Marcu '68 roku było jedną z dróg prowadzących do zwycięskich wybrów 4 czerwca 1989 roku
Foto: IPN
Marzec ‘68 roku pokazał wielu – szczególnie młodym – ludziom, że najważniejsze jest myślenie. Myślenie mądre i trudne, oparte o doświadczenie Marca ‘68 roku. Na widoczne działania opozycji demokratycznej trzeba było czekać osiem lat. Solidarnościowy zryw nastąpił jeszcze cztery lata później. Ale trzeba było jeszcze czekać następnych lat dziewięć, by udało się to, czego domagano się w Marcu ‘68 – wolności słowa, wolności narodowej, wolności ekonomicznej.
Marzec '68 – „pokolenie czapki studenckiej czy zimowych nausznic z tłumikiem? … lecz jak nazwać nas młodszych w ciągu trzech lat dorosłych od tej wiosny przedwczesnej do zimy” śpiewał w 1971 roku Salon Niezależnych. Śpiewał słowami pieśni „Dobre wychowanie”. Słowami twórcy tej studenckiej pieśni, późniejszego działacza PZPR, dzisiejszego barda PiS, czyli Marcina Wolskiego. Skąd inąd historyka z UW.
Kompromitacja
Gomułki
Marzec ‘68 to również początek wielkiego bolesnego przejawu antyinteligenckości i antysemityzmu. To Marzec ‘68 roku pokazał drogę do ogromnej wspólnoty myślenia o Polsce, świecie, wspólnoty w imię troski o lepsze i mądrzejsze jutro naszej Polski. Mądrzejsze, bo oparte o doświadczenie Marca ‘68 roku.
Nie można jednak oddzielać tego, co się działo na polskich uczelniach od tego, co wyczyniała PZPR i szczególnie jej moczarowska frakcja. To było przedłużenie kampanii antysemickiej, zapoczątkowanej po czerwcowej sześciodniowej wojnie Izraela z krajami arabskimi. Pamiętne słowa z dwugodzinnego przemówienia I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki z 19 marca 1968 roku z Sali Kongresowej transmitowane były przez radio i telewizję.
Reklama
Reklama
Przemówienie Władysława Gomułki z 19 marca 1968 roku wygłoszone w Sali Kongresowej PKiN było jednym z najbardziej kompromitujących w jego karierze. Z wątkami antysemickimi przeplatały się treści wymierzone w intelektualistów.
Foto: IPN
„Czy w Polsce są żydowscy nacjonaliści, wyznawcy ideologii syjonistycznej?” – „Na pewno tak” – krzyczał Gomułka. Przyznawał jednocześnie, że wielu obywateli pochodzenia żydowskiego zasłużyło się dla Polski Ludowej, ale wzywał jednocześnie do podjęcia deklaracji, czy się jest za Polską, czy za Izraelem. Przemówienie to było jednym z najbardziej kompromitujących w jego karierze. Z wątkami antysemickimi przeplatały się treści wymierzone w intelektualistów.
Gomułka atakował Kazimierza Dejmka, Stefana Kisielewskiego, Pawła Jasienicę i Antoniego Słonimskiego. Protestujących studentów nazwał „mącicielami porządku społecznego”, przeciw którym słusznie występuje klasa robotnicza.
Po prostu wypędzeni
Studenckie protesty to była jedna strona tego czasu, druga to rozpętany antysemityzm. W efekcie rozpętanej nagonki antysemickiej w roku 1968 o wydanie dokumentów emigracyjnych ubiegało się niemal 3 900 Żydów, zaś w okresie od stycznia do sierpnia 1969 r. prawie 7300.
Wyjeżdżali z Polski z biletem w jedna stronę, z dokumentem podróży, który nie był paszportem, był dokumentem wydawanym przez władze PRL pozbawiającym obywatelstwa. Wyjechali nie tylko intelektualiści z uczelni czy wielu instytutów badawczych, wyjeżdżali ludzie z prowincji, bo tam antysemicka nagonka potrafiła zaszczuć jeszcze łatwiej. Wyjeżdżali bez możliwości zabrania swoich rzeczy, swojego dobytku. Byli po prostu wypędzani.
Z materiałów zgromadzonych w IPN wynika, że organy bezpieczeństwa prowadziły rozpracowanie operacyjne „środowisk syjonistycznych”, w ramach którego sporządzano ankiety „osób powiązanych rodzinnie z Izraelem” oraz obszerne informacje dotyczące osób pochodzenia żydowskiego, w tym także informacje o osobach zwolnionych ze stanowisk.
W materiałach archiwalnych odnaleziono ponadto dane szeregu osób nie zajmujących żadnych stanowisk w aparacie partyjnym, państwowym ani w gospodarce, które w roku 1968 ubiegały się o zgodę na wyjazd emigracyjny do Izraela, nie ustalono jednak przyczyn tych decyzji.
W świetle zgromadzonej dokumentacji nie budzi wątpliwości fakt, że począwszy od 1967 roku władze partyjne szczebla centralnego rozpoczęły nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, skierowane przeciwko osobom pochodzenia żydowskiego i akcja ta przeniosła się na szczebel lokalny, obejmując obszar całego kraju.
Reklama
Reklama
Te
dni odchodzą, wraz nimi my
„W toku śledztwa konieczne będzie ustalenie tożsamości osób odpowiedzialnych za inspirowanie akcji i kierowanie nią na terenie województwa łódzkiego oraz zbadanie w każdym indywidualnym przypadku faktycznych przyczyn, podstaw prawnych i trybu zwolnienia z pracy, faktycznych przyczyn emigracji z Polski oraz przestrzegania przez organy państwowe trybu postępowania w tych sprawach, w celu ustalenia, czy poza nawoływaniem do nienawiści na tle różnic narodowościowych funkcjonariusze państwa komunistycznego popełnili przestępstwa na szkodę indywidualnych pokrzywdzonych” - pisała prokurator Anna Gałkiewicz w 2007 roku.
Tamten czas bardzo dobrze przedstawił Krzysztof Lang w filmie i serialu „Marzec ‘68”. Pokazał atmosferę, nastroje wśród młodzieży i wśród wielu ludzi, którym to, co się później wydarzyło było na rękę.
Foto: mat. pras.
Dziś Marzec ‘68 powoli znika z pamięci następnych pokoleń. Wielu z nas pamietających tamte dni to niepokoi. To dotyczyło naszego życia, naszych wyborów, naszych młodzieńczych chwil, te dylematy - jakże bolesne i dramatyczne - odchodzą w odległą pamięć.
Te dni odchodzą nie dlatego, że młodzież dzisiejsza nie pamięta, ale dlatego, że Polska jest krajem niepodległym, w którym jest wolność słowa, wolność wyznania, wolność sumienia, gdzie można funkcjonować niezależnie od rasy, pochodzenia, poglądów politycznych, niezależnie od nurtów tradycji ideowej. Być może to właśnie jest przejawem tego, że żyjemy w innym, normalnym świecie, z którym nie mogliśmy się identyfikować w 1968 roku, o którym nie mogliśmy nawet marzyć.
Widziałem tamten film
Tamten czas bardzo dobrze przedstawił Krzysztof Lang w filmie i serialu „Marzec ‘68”. Pokazał atmosferę, nastroje wśród młodzieży i wśród wielu ludzi, którym to, co się później wydarzyło było na rękę. Nagle pojawiły się nie tylko mieszkania do zagospodarowania, ale i wiele mebli, książek, wszystko to, czego wypędzenia nie mogli ze sobą zabrać.
Pamiętam ten dzień. 8 marca wieczorem spotkaliśmy się na urodzinach znajomej. Późnym wieczorem Radio Wolna Europa nadawało bardzo dokładną relację z warszawskich ulic i uczelni. Bardzo nas to zaintrygowało – musieli mieć swoich ludzi wszędzie, mieli swoich korespondentów i informatorów w każdym miejscu Warszawy.
Krzysztof Zanussi nakręcił wyśmienity film „Iluminacja” – pokazywał nastroje panujące wśród młodzieży i polskich intelektualistów w 1968 roku.
Foto: mat. pras.
Pięć lat później Krzysztof Zanussi nakręcił wyśmienity film „Iluminacja” – pokazywał nastroje panujące wśród młodzieży i polskich intelektualistów w 1968 roku. Obejrzałem ten film przed premierą kinową i napisałem recenzję do studenckiego pisma „ZEZ”, wydawanego na Uniwersytecie Warszawskim. Napisałem, że bohater grany przez Staszka Latałło „wraca z gór i przeżywa wraz ze znajomymi niepokoje Marca 1968”.
W druku to zdanie – po ingerencji cenzury – wyglądało podobnie, ale jednak inaczej: „wraca z gór i przeżywa wraz ze znajomymi wiosenne niepokoje.”