Według ówczesnych planów inwestycja miała kosztować budżet dzielnicy 20 mln zł i oferować 42 mieszkania o zróżnicowanym metrażu. Dziś, po upływie sześciu lat, zamiast gotowego bloku, mieszkańcy otrzymują kolejną obietnicę wbicia pierwszej łopaty, a bilans strat jest bezlitosny. Z planów zniknęło sześć lokali mieszkalnych, za to koszt całego przedsięwzięcia wzrósł o 25 mln zł.
Ekonomiczny absurd przy ulicy Łukowskiej
Sytuacja stała się pożywką dla internautów i lokalnych aktywistów, którzy natychmiast zaczęli analizować opłacalność projektu. Prosty rachunek wskazuje, że wybudowanie jednego lokalu komunalnego przy ulicy Łukowskiej będzie kosztować podatników średnio 1,25 mln zł. To kwota, która w dzisiejszych realiach rynkowych pozwala na zakup apartamentu w standardzie deweloperskim, często w bardziej prestiżowych lokalizacjach.
Mieszkańcy w swoich komentarzach podnoszą argumenty o skrajnej niegospodarności, sugerując, że znacznie rozsądniejszym rozwiązaniem byłaby sprzedaż działki deweloperowi w zamian za gotowe lokale lub zakup mieszkań bezpośrednio z rynku wtórnego. Brak transparentności w kwestii planowanych metraży tylko potęguje podejrzenia, że cena za metr kwadratowy może okazać się najwyższą w historii dzielnicy.
Pustostany w cieniu nowych inwestycji
W debacie publicznej pojawił się jeszcze jeden, niezwykle niewygodny dla władz miasta argument dotyczący systemowego zarządzania nieruchomościami. Podczas gdy dzielnica planuje wydać fortunę na budowę 36 nowych lokali, mieszkańcy przypominają o ogromnej skali niewykorzystanego potencjału w postaci pustostanów, których w Warszawie mają być tysiące. Pytania o to, dlaczego fundusze nie są kierowane na remonty istniejących zasobów, które mogłyby zostać udostępnione potrzebującym znacznie szybciej i taniej, pozostają bez odpowiedzi.
Urząd odpiera zarzuty i zaprasza do przetargu
Głos w sprawie zabrał Zakład Gospodarowania Nieruchomościami Praga-Południe, jednak jego odpowiedź zamiast uspokoić nastroje, dodatkowo podgrzała atmosferę. Urzędnicy, reagując na krytykę dotyczącą wysokich kosztów, użyli argumentu o procedurach przetargowych, twierdząc, że to rynek dyktuje ostateczną cenę.
W dość nietypowy sposób zaproszono również wszystkich krytyków do składania ofert w nadchodzącym postępowaniu, sugerując, że jeśli ktokolwiek potrafi wybudować blok taniej, ma teraz okazję to udowodnić. Taka strategia komunikacyjna została odebrana przez wielu mieszkańców jako arogancka i unikająca merytorycznego wyjaśnienia, dlaczego przez ostatnie pięć lat inwestycja pozostawała wyłącznie w fazie planów, generując wielomilionowe straty wynikające ze wzrostu cen materiałów i robocizny.