Na dwa tygodnie przed śmiercią u Lucyny pojawił się jakiś Japończyk mówiący po polsku. Powołał się na dobrą znajomość z A., ale nie miał żadnego listu. Poprosił Lucynę o pożyczenie kluczy od mieszkania.
W styczniowa noc z 29 na 30 w 1976 roku ciało dziewczyny znaleziono na bruku. Upadek z 14. piętra był śmiertelny. Pozostały pytania – czy sama wyszła w szlafroku przez okienko, czy ktoś jej dopomógł? A jeśli tak – to kim był ten ktoś?
Tydzień temu opisałem, jak wyglądało posiedzenie warszawskich kolegiów karno-orzekających, jak wyglądała procedura wydawanie werdyktów i jak działała Milicja Obywatelska w stosunku do ludzi, którym coś zarzucała, od których coś chciała. Dziś dalszy ciąg tej dramatycznej historii – oto rozmowa z bohaterką, tą która znaleziono na bruku i jej przyjaciółką.
Kilka tygodni później spotkałem się z panią Lucyną. Skarżyła się, na to, że M. nie daje jej spokoju. Chcą czegoś od niej cały czas grożąc zatrzymaniami i kolejnymi grzywnami.
– Nie mam „ich” opiekuna i to jest podstawa tych awantur. Wiele dziewcząt inaczej nie umie ułożyć sobie życia. Chcą zarobić na siebie i na swoje dzieci. Wiele pracujących w branży ma milicyjnych opiekunów i można powiedzieć mają spokój. Muszą się opłacać i być gotowe na każdą zachciankę opiekuna. Ja próbowałam takiego nie mieć. Za to mnie męczą i nękają, bo chcą wiedzieć, z kim się spotykam, co robi A., z którym jestem zaprzyjaźniona od lat. Boję się, że mnie wykończą. Starałam się prowadzić ustabilizowane życie, ale oni mnie wciąż nachodzili...
Cała ta opowieść, to nie tylko historia konfliktu, rywalizacji dwóch kobiet, prowadzących inne życie. Zazdroszczących sobie wzajemnie. A bardziej ta, która reprezentowała władze, zazdrościła drugiej, tego, że ma mieszkanie i pieniądze. W tej sprawie na pewno było drugie dno.
Reklama
Reklama
Reklama
Milicja miała dwie wersje zdarzeń. Tak powiedziano ojcu Lucyny. To był zimna noc i zimny dzień. Pierwsza, że znalazł ją na chodniku dozorca. Druga, że pierwszy zorientował się A. Bo on był w mieszkaniu Lucyny, kiedy to się stało.
Lucyną interesowała się nie tylko obyczajówka, ale zapewne i inne służby, które interesował jej kontakt z cudzoziemcami. To był głęboki PRL. Każdy kontakt z ludźmi ze świata kapitalistycznego był podejrzany, budził zainteresowanie służb, które starały się wejść w posiadanie informacji o cudzoziemcach. A Lucyna miała stałego „dostawcę” pieniędzy. A. był jej partnerem w Polsce przez wiele lat. Miał w Japonii swoją rodzinę, mówił jej o tym, że nie zamierza się rozwieść. Ale było im dobrze.
Nie miała w domu ciepła
O śmierci Lucyny dowiedziałem się kilka tygodni później. W maju 1976 roku zadzwoniła do mnie Ada – spotkaliśmy się w kawiarni w Teatrze Wielkim. Opowieść o Lucynie zaczęła nabierać rumieńców.
Urodziła się w Warszawie we wrześniu 1948 roku. Jej matka zmarła zaraz po porodzie. Ojciec pracował w Warszawie, ale szybko wyjechał do Wrocławia. Tam związał się z późniejszą macochą Lucyny. Ona była dla dziewczyny zła. Ojciec nie potrafił zapobiec konfliktom. Córka nie miała w domu ciepła i miłości. Była bardzo ładna i zdecydowała się na wyjazd do Warszawy.
Najpierw mieszkała u ciotki, ale skończyło się awanturą. Skończyła kurs manicurzystki. Mieszkała u koleżanek, ale ją wykorzystywały. Póki Lucyna miała pieniądze było dobrze, gdy się kończyły, kazały jej zarabiać. Ciągnęły z niej zyski. Była też statystką w Teatrze Wielkim. Tam się poznały z Adą i razem grały w wielu filmach. Pewnego dnia poznała kogoś. Pan był na stanowisku, miał pieniądze, ale miał też żonę, o czym długi czas Lucyna nie wiedziała. Zakochała się, a gdy on powiedział, że od żony nie odejdzie, to przeżyła miłosny zawód. Zdaniem Ady to była jedyna wielka miłość Lucyny. Nie potrafiła kochać innych.
Japończyka A. Lucyna poznała w Teatrze Wielkim. Chadzał na spektakle, koncerty, do teatrów – mimo, iż słabo znał polski.
Foto: mat. arch.
Reklama
Reklama
Dwa fotele i skórzana kanapa
Japończyka A. Lucyna poznała w Teatrze Wielkim. Chadzał na spektakle, koncerty, do teatrów – mimo, iż słabo znał polski. Zakochał się w Lucynie. Romans trwał z pięć lat, bo go odwołano. Ada nie wiedziała dokładnie kim on był. Przysyłał Lucynie pieniądze, prezenty, dbał o nią. Miała japoński magnetofon, budziki, radio…
Przez długi czas mieszkała jeszcze u pani Eugenii Sz. przy Nowogrodzkiej 6a. Tam bywał też ojciec Lucyny, bywał i A.. Lucyna pomogła córce pani Sz. wyjechać do USA. Później A. kupił Lucynie mieszkanie na Smolnej. Urządziła je estetycznie. Nie było wielu mebli, ale było ciepło i ładnie. Miała dwa fotele i skórzaną kanapę.
– To była jedna z bogatszych dziewcząt w stolicy. Ale już miała swoje lata – Lucyna zginęła mając 28 lat. – I bardzo chciała zmienić swoje życie. Czułą potrzebę zmiany.
Ta M. mściła się
Ada opowiadała o dziewczynie, której Lucyna pomogła. Ta uciekła z domu, więc mieszkała u Lucyny, która nie wiedziała, że tamtej ojciec był oficerem w Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Pomogła jej, dopilnowała, żeby tamta skończyła szkołę. Jak twierdziła Ada:
– Starała, się, żeby tamta miała to, czego Lucyna w życiu nie doświadczyła. Mimo, że ta dziewczyna była pełnoletnia już. Ta Iga ją oszukiwała, nie chodziła na studia. I jeszcze ją okradła. Wytoczyła sprawę Lucynie, że … zrobiła z niej prostytutkę.
Lucyna pisała pisma do prokuratury, skargi na to, że jest prześladowana. Dostała nawet pismo, że sprawa jest w toku, a skarga jest rozpatrywana.
Reklama
Reklama
– No i jeszcze ta milicjantka z obyczajówki, która pilnowała, żeby Lucyna nie zerwała się ze smyczy. Lucyna nie mogła się z nikim umówić w kawiarni, żeby nagle nie pojawiała się M. z kolegami. Prześladowała ją. To było trudne dla niej. M. doprowadziła do odebrania Lucynie licencji na gabinet manicure. Ponoć na skutek skarg Lucyny tę M. zawieszono na jakiś czas, więc się mściła.
Wiele pracujących w branży ma milicyjnych opiekunów i można powiedzieć mają spokój. Muszą się opłacać i być gotowe na każdą zachciankę opiekuna - mówiła Lucyna.
Foto: mat. arch.
Wiedzieli, że Lucyna nie odmówi
– Lucyna to była bardzo dobra dziewczyna, kochała ludzi. Karmiła gołębie, karmiła kocie przybłędy jeszcze na Nowogrodzkiej. Zawsze przechodząc koło żebraka wspomagała go. Zawsze musiała komuś pomagać, pewnie dlatego, że sama potrzebowała wsparcia. Jak się komuś krzywda działa, Lucyna zawsze była z pomocną dłonią. Lucyna miała lęki. Bala się otwierać drzwi. Bała się podchodzić do okna. I ja, i wielu znajomych dziwiliśmy się, że kupiła mieszkania na 14. piętrze, bo miała lęk wysokości. Na parterze bała się wejść na parapet i powiesić firanki.
– Do niej lgnęli ludzie, którym nie chciało się pracować. Wiedzieli, że Lucyna ich nie odrzuci. Przychodziło młode małżeństwo – byli tuż przed porodem. Nie pracowali, wyciągali od niej pieniądze. Wiedzieli, że Lucyna nie odmówi. Kiedy ta dziewczyna poszła rodzić, to Lucyna jej dała do szpitala telewizor japoński. A była to dziewczyna z dobrze sytuowanego domu.
– Lucyna kiedyś pomogła jednej dziewczynie. – opowiadała Ada. – Dała jej płaszcz, buty, torebkę i załatwiła jej dentystę, żeby ta sobie zęby wstawiła. A po śmierci Lucyny usłyszałam: – Dobrze, że przed śmiercią ta kurwa za mojego dentystę zapłaciła!
Reklama
Reklama
– Nie piła alkoholu wcale, potrafiła cały wieczór moczyć usta w jednym kieliszku szampana. Przyjeżdżali do niej ojciec z macochą. Byli w grudniu przed świętami. Lucyna była szczęśliwa, dobrze jej się zaczynało układać. Znała języki obce, miała ten gabinet manicure. Nikt nie wierzy w jej samobójstwo. To nie było w jej stylu. Lucyna chciała wyzwolić się z tego, co ją otaczało.
Na chodniku leżała w szlafroku
Lucyna od grudnia miała w mieszkaniu telefon. Jeden aparat przy łóżku, drugi przy kanapie. Dopiero w styczniu przeniosła swoje rzeczy z Nowogrodzkiej na Smolną.
– A. przyjechał i z tego co wiem, to byli gdzieś na kolacji – opowiada Ada. – Wrócili ponoć koło jedenastej. To dziwna historia, bo Lucyna musiała w nocy komuś otworzyć drzwi. A. spał. W drzwiach u Lucyny był wizjer. Nie wpuściła by nikogo, kogo by nie znała. Nie wiem, co się działo, ale uważam, że ją wypchnięto przez to okienko. Ponoć na chodniku leżała w szlafroku. A szlafrok zakładała jedynie wtedy, gdy otwierała drzwi komuś obcemu.
Lucyna od grudnia miała w mieszkaniu telefon. Jeden aparat przy łóżku, drugi przy kanapie. Dopiero w styczniu przeniosła swoje rzeczy z Nowogrodzkiej na Smolną.
Foto: WisłaWwa
Jest pochowana w kimonie. Tak chciała. A. wszedł do mieszkania z prokuratorem, żeby wziąć to kimono. Mówił, że w maszynie do pisania był list. Nie wiedział, co było napisane, a później ten list zniknął. A. był na pogrzebie. Nie chciał rozmawiać z jej ojcem.
Reklama
Reklama
Ojciec twierdzi, że ma odpisy pism do KC i do Prokuratury, w których Lucyna skarżyła się na nachodzenie przez milicję. Ostatnie święta spędziła u Ady.
Wszystko się skończyło
– To był wspaniały człowiek. Dałabym wiele, żeby móc przywrócić jej życie. – wspomina Ada. Twierdzi, że Lucyna chciała wyjechać do Grecji odpocząć. Chciała, żebyśmy razem wzięły jakiś lokal w ajencję i poprowadziły kawiarenkę. Chciała spokoju, chciała coś fajnego robić. Chciała jeść w domu, a nie po knajpach. Przyjaźniła się z moją córką. Interesowała się jej szkołą. Może to był instynkt macierzyński. Zawsze musiała mieć kwiaty. Lubiła wiosnę.
– Moja córka była u Lucyny dwa dni przed jej śmiercią, Ona się tak cieszyła, że A. przyjeżdża, że wszystko się zmieni, że wreszcie dadzą jej spokój.
Mieszkanie urządzone było dość oryginalnie. Było w amfiladzie. Najpierw przedpokój. Na wprost drzwi do dużego pokoju, na lewo łazienka, na prawo kuchnia. Z dużego pokoju było wejście do małego. A z tego małego też było wejście do łazienki. W małym były meble jugosłowiańskie, stał bardzo szeroki tapczan, a na podłodze obok magnetofon. Na stoliku radio i kwiaty.
. Miała gramofon z radiem Phillipsa, który stał na podłodze. Miała wiele wspaniałych płyt, ale tylko z muzyką poważną. Dostawała je od wielu ludzi.
Foto: mat. arch.
Reklama
Reklama
Najpierw tapczan był bliżej łazienki, później przesunęła go bliżej okna. Mały japoński telewizor kolorowy był w dużym pokoju. Tam też stała kanapa i dwa fotele obite skórą. Na podłodze leżała skóra renifera, którą od kogoś dostała. W salonie stał też barek. Miała gramofon z radiem Phillipsa, który stał na podłodze. Miała wiele wspaniałych płyt, ale tylko z muzyką poważną. Dostawała je od wielu ludzi. Miała sporo książek – zdaniem Ady w tych książkach miała umoczone kilkaset tysięcy złotych.
Miała też sporą kolekcję figurek Buddy. One były dla niej jakieś bardzo ważne. Lucyna lubiła chodzić na koncerty, bywała w filharmonii. A że była efektowana, to nie było faceta, który by się za nią nie obejrzał. Ada i wiele osób podkreślało, że od Lucyny emanowało ciepło. Miała wspaniały uśmiech i bardzo chciała, żeby ktoś przy niej był.
A. przyjechał i wszystko się skończyło. – Moja córka była chora, miała pójść do Lucyny, ale się przeciągało. Nie wiedzieliśmy, że to się stało. Jak poszła do niej, to mieszkanie było już zaplombowane.
– Wszystko było bardzo dziwne – opowiada Ada. – Milicja też miała dwie wersje zdarzeń. Tak powiedziano ojcu Lucyny. To był zimna noc i zimny dzień. Pierwsza, że znalazł ją na chodniku dozorca. Druga, że pierwszy zorientował się A. Bo on był w mieszkaniu Lucyny, kiedy to się stało. A mieszkanie było zamknięte od wewnątrz. Więc, albo zamknął je za kimś, albo ten ktoś miał dorobiony klucz i sam zamknął za sobą. Z zeznań A. wynikało, że spał, poczuł zimno, wstał, szukał Lucyny i zdziwił się, że okno jest otwarte.
Ada kilka razy przerywała, podchodziła do znajomych przy stolikach, witała się. I wracała rozmawiać dalej. Miałem wrażenie, że przyszła na spotkanie ze mną w obstawie.
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Kilka wydarzeń sprzed roku
Z Adą spotkałem się jeszcze raz w kawiarni „Na trakcie” prawie rok po śmierci Lucyny. Czekałem na nią przy barku. Spóźniła się kilka minut. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o nieobecnej. Ada kilka razy przerywała, podchodziła do znajomych przy stolikach, witała się. I wracała rozmawiać dalej. Miałem wrażenie, że przyszła na spotkanie ze mną w obstawie.
Wtedy powiedziała mi o jeszcze kilku wydarzeniach sprzed roku. Na dwa tygodnie przed śmiercią u Lucyny pojawił się jakiś Japończyk mówiący po polsku. Powołał się na dobrą znajomość z A., ale nie miał żadnego listu. Poprosił Lucynę o pożyczenie kluczy od mieszkania. Chciał się spotkać z jakąś dziewczyną, a nie chciał w hotelu. Lucyna niechętnie, ale się zgodziła. Następnego dnia mówiła Adzie, że ten ktoś był w jej mieszkaniu, ale na pewno był sam. Lucyna była pewna, że żadnej kobiety u niej nie było. To ją zaniepokoiło, ale zlekceważyła to. Ada opowiadała:
– Od miesiąca milicja znowu węszy koło tej sprawy. Dziewczyny, czy te z teatru, czy te z hoteli, znowu są podpytywane o to, co nowego wiadomo o sprawie Lucyny. A przecież sprawę formalnie zamknięto – popełniła samobójstwo, choć żadna z nas w to nie wierzy.
Lucyna była pod opieką dr. K. z Nowowiejskiej. Ada z nią rozmawiała kilka dni po śmierci Lucyny. Lekarka była zdziwiona, bo uważa, że Lucyna mogła wybrać każdą śmierć, ale nie skok przez okno, bo miała lęk wysokości. Zawsze miała zamknięte okna. Otwieralny był jedynie lufcik. Ale sama by się przez ten lufcik nie przecisnęła.
Scenariusze śmierci
Czy więc było tak: Już zasypiała, kiedy zadzwonił telefon. Jej partner spał. Podeszła, podniosła słuchawkę i usłyszała znajomy głos. Przypomniał, że ma mu przekazać informacje od Japończyka. Nie chciała tego słuchać. Rzuciła słuchawkę. Przeszła z pokoju do kuchni. Otworzyła okno. Owiał ją zimny, wręcz mroźny styczniowy wiatr znad Wisły. Była zdeterminowana. Nic nie było jej w stanie zatrzymać. Po chwili ciało wylądowało na bruku i mocno wbiło się między deski a gruz z budowy leżący pod oknami wieżowca.
Czy może jednak inaczej: Wrócili z kolacji na mieście. Byli ze sobą po długiej rozłące. A. już spał. Ona usłyszała dzwonek, czy pukanie do drzwi. Był środek nocy. Poszła do przedpokoju. Spojrzała przez wizjer. Zobaczyła kogoś, kogo znała, bo inaczej nie otworzyła by drzwi. Włożyła szlafrok. Zapewne wpuściła „gościa” lub gości do środka. Była ostra rozmowa. Czy sama skoczyła w przepaść? Lekarze i ci, co ją znali, twierdzą, że tego sama by nie zrobiła. Pomógł jej ktoś? Czemu? Czy powiedziała, że na A. nie doniesie… Popchnęli ja? Wypchnęli? Po czym wyszli zamykając drzwi kluczem. Kluczem widać dorobionym wcześniej…
Czy kogoś mogła po paru latach obchodzić śmierć dziewczyny w wielkim kapeluszu? Dziewczyny ze smutnymi, wielkimi zmęczonymi oczyma.
Foto: Shutterstock
Takich niejasnych śmierci w PRL było wiele. Niewiele udało się rozstrzygnąć po latach. Poza tym, tak naprawdę, czy kogoś mogła po paru latach obchodzić śmierć dziewczyny w wielkim kapeluszu? Dziewczyny ze smutnymi, wielkimi zmęczonymi oczyma. Dziewczyny, która miała pieniądze, ale zabrakło jej szczęścia.
Ciąg dalszy...
Prokuratura szybko umorzyła śledztwo. Orzekła, że bez wątpienia było to samobójstwo. Sprawa jednak miała dalszy ciąg przez wiele lat. Rodzina nie godziła się z tym, że A., na którego mieszkanie było zapisane w spadku, zrzekł się spadku na rzecz Centrum Zdrowia Dziecka. Zakwestionowano jej testament, bo „była pod opieką przychodni neurologicznej, więc nie wiedziała, co robi.” Ta sprawa ciągnęła się latami. Opisał ją na bazie listów, sądowych dokumentów, zapisków z milicyjnego śledztwa, zapisów protokołów z rozprawy o spadek Witold Szymanderski w „Prawie i Życiu” z września 1979 roku. Jednak w tym opisie nie było bohaterki.