-4.6°C
1010.8 hPa
Życie Warszawy
Reklama

Z 14 piętra na warszawski bruk. Część I

Publikacja: 25.01.2026 13:30

Lucyna nie żyła i że znaleziono ją pod oknami domu, w którym mieszkała. Domu, który Warszawiacy od l

Lucyna nie żyła i że znaleziono ją pod oknami domu, w którym mieszkała. Domu, który Warszawiacy od lat nazywają Młotkiem

Foto: WisłaWwa

W 1976 roku w styczniową noc z 29 na 30 znaleziono na bruku ciało dziewczyny. Upadek z 14. piętra nie dawał szans na przeżycie. Pozostały pytania – czy sama wyszła w szlafroku przez okienko, czy ktoś jej pomógł? A jeśli tak – to kim był ten ktoś?

Od czego zacząć? Od uderzenia ciała spadającego z 14. piętra na bruk ulicy Smolnej 8?

Czy od dnia, w którym poznałem bohaterkę tej historii?

Czy od opowieści Ady – przyjaciółki tragicznie zmarłej dziewczyny – kiedy podzieliła się ze mną historią o Niej kilka miesięcy później?

 Faktem jest to, że Lucyna nie żyła i że znaleziono ją pod oknami domu, w którym mieszkała. Domu, który Warszawiacy od lat nazywają Młotkiem, bo tak wygląda.  

Zaproszenie na kolegium

Była jesień 1975 roku – w redakcji „Expressu Wieczornego” odebrałem telefon ze śródmiejskiego Kolegium karno-orzekającego mieszczącego się wówczas przy Nowogrodzkiej, z zaproszeniem na „rozprawę, która zaciekawi Pana Redaktora”. Sprawa dla urzędnika była prosta. Milicja „zdjęła” panią Lucynę w holu hotelu Forum (dziś „Novotel”) żądając zaświadczenia o stanie zdrowia.

Reklama
Reklama
Mamy "rozprawę, która zaciekawi Pana Redkatora"

Mamy "rozprawę, która zaciekawi Pana Redkatora"

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Za komuny notowane prostytutki musiały mieć książeczki zdrowia – to stanowiło podstawę do permanentnego nękania ich przez „obyczajówkę”, czyli milicjantki ze specjalnej formacji do… pilnowania zdrowia obywateli. Wybuchła awantura, bo Lucyna się postawiła. Powiedziała, że jest prywatnie, że nie wykonuje zawodu. Kto pierwszy zaczął krzyczeć? Czy było to rutynowe działanie milicjantów?

Zaciekawiła mnie to zaproszenie, ale czułem, że sprawa nie jest prosta. Sprawę prowadził pan D., przewodniczący kolegium lat ok. 45, pracownik Wydziału Spraw Wewnętrznych Urzędu Dzielnicowego Warszawa Śródmieście. Protokolantka pani lat ok. 40. Trzecim był mężczyzna lat ok. 75. Oskarżycielem – milicjant porucznik, który prowadził przesłuchania, jak w sprawie o morderstwo. Padały pytania, obwiniona odpowiadała, ale jej odpowiedzi nikt nie słuchał.

wymiar sprawiedliwości w PRL
Czym były kolegia karno-orzekające?

Kolegia karno-orzekające powstały w czasach stalinowskich w 1951 roku, działały przy organach administracji państwowej i powoływane były przy prezydiach rad narodowych (wojewódzkich, powiatowych, miejskich), orzekały w pierwszej lub drugiej instancji (np. kolegia powiatowe jako pierwsza, wojewódzkie jako druga).
Orzekano w sprawach wykroczeń, które miały charakter administracyjny, np. przeciwko porządkowi publicznemu czy mieniu społecznemu, a członkami byli obywatele spełniający określone kryteria – czyli byli wzorowymi obywatelami PRL, a więc najczęściej byli milicjantami, urzędnikami zapewniającymi orzekanie zgodnie zobowiązującymi w PRL zasadami.
Ważne było to, że były to urzędy administracyjne, a nie sądy, dlatego w 1990 roku zostały poddane jurysdykcji podległej Ministerstwu Sprawiedliwości. Skargi przed kolegia wnosili milicjanci, orzekali milicjanci, skazywani mogli się odwoływać do drugiej instancji, ale nie mieli szans na odwoływanie się do normalnego sądu i nie podlegali normalnej procedurze sądowej.
Oskarżani przez kolegia nazywani byli obwinionymi – dla rozróżnienia i właściwie od razu ustawienia ich w porządku prawnym (raczej bezprawnym) PRL.

Moi rodzice krew przelewali za to miasto

– Czy ma pracę? Jaką? W książeczce ubezpieczeniowej ma napisane, że czyta słabowidzącej staruszce za 1500 zł miesięcznie. Przedtem robiła manicure w bloku. Czy obwiniona ma wielu znajomych cudzoziemców?

– Mam wielu, mam serdecznych przyjaciół w Japonii, ale to nie jest przecież karalne, ani zakazane.

Reklama
Reklama

– Jak dawno zna tych Chińczyków? Czy to byli może Japończycy? Dlaczego płaciła za nich w Forum? Czy rachunek w Forum może wynosić sto złotych?

– Byłam w Forum 30 maja. Wyszłam do toalety i w holu zaczepiła mnie milicjantka z obyczajówki w cywilu: „A przywitać się nie łaska?”

– Fakt, nie przywitałam się, ale czy to moja znajoma? Milicjantka kazała mi opuścić hotel. Wróciłam, żeby zapłacić rachunek. Wówczas ona zaczęła krzyczeć do służby hotelowej, żeby nie wpuszczać więcej tej prostytutki. Odpowiedziałam jej, że wychodzę, ale ona zaczęła krzyczeć, wyzywała mnie od k***, żądała dowodu „ty prostytutko chora wenerycznie!”

Do awantury dołączył portier K. i krzyczał wypychając mnie za drzwi:

– Wynoś się stąd, ty k***, jak cię kopne w dupę, to wylecisz i się na ulicy nie zatrzymasz!

– Powiedziałam, że moi rodzice krew przelewali za to miasto i że słów wulgarnych nie używam! Wyszłam, wsiadłam do taksówki stojącej przed hotelem razem ze znajomym, który akurat przechodził. Ale przy sklepie „Chinka” w Alejach Jerozolimskich (między Parkingową a Kruczą), taksówkę zatrzymano. Milicjant kazał mi przejść do radiowozu, ale ja się bałam, że mnie zabiją. W efekcie taksówką z milicjantem pojechałam na Wilczą (była tam komenda milicji, obecnie mieści się także, lecz policji).

Reklama
Reklama
Milicjantka kazała mi opuścić hotel. Wróciłam, żeby zapłacić rachunek. Wówczas ona zaczęła krzyczeć

Milicjantka kazała mi opuścić hotel. Wróciłam, żeby zapłacić rachunek. Wówczas ona zaczęła krzyczeć do służby hotelowej, żeby nie wpuszczać więcej tej prostytutki.

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Milicjanci twierdzą, że krzyczała, tupała, zachowywała się skandalicznie.

– Jest zarejestrowana na Kolskiej w przychodni „W”, musi mieć taką kartę, żeby mogła wchodzić do lokali lepszej kategorii – zeznają milicjanci.

Przewodniczący podkreśla: – Obwiniona już dostała mandat tysiąc złotych w 1971 roku za ubliżanie milicjantce w Grandzie.

– Czy w hotelach Orbis nocą obwiniona przebywa w celach konsumpcyjnych? – pyta prowadzący sprawę funkcjonariuszkę Barbarę Matysiak (ciekawe, ale nie znalazłem jej danych w katalogu funkcjonariuszy MO w IPN).

Reklama
Reklama

– Obwiniona jest notoryczną prostytutką notowaną w wydziale kryminalnym. Portier wskazał ją, że w holu zaczepia cudzoziemców. Chciałam z nią porozmawiać na zapleczu, sprawdzić jej kartę „W”. Reakcja obwinionej była bardzo gwałtowna. Zaczepiłam, gdy na chwilę wyszła z baru. Była w towarzystwie Japończyków. W holu było pusto. Ludzie zeszli się, jak usłyszeli krzyk obwinionej. Po chwili ona wyszła i wsiadła z kimś do podjeżdżającej taksówki. Pojechałam z dwoma funkcjonariuszami za taksówką. Zatrzymaliśmy ją i pojechaliśmy do komendy na Wilczą.  

Podobnie zeznawał drugi milicjant Orzechowski (W katalogu funkcjonariuszy MO jest najprawdopodobniej jako Andrzej Zygmunt kierownik II Wydziału, czyli kontrwywiadu KS MO):

– Wielokrotnie legitymowaliśmy ją w hotelach. Była nam wskazywana przez portierów w różnych hotelach Orbis – Grandzie, Bristolu i Forum. My sprawdzaliśmy, czy ma aktualną kartę „W”. Obwiniona nas znała i pamiętała, choć nie byliśmy umundurowani. Ona zawsze była z zagranicznymi gośćmi.

Miała przyjaciela, który jej pomagał, jest znerwicowana

Przesłuchiwano też świadków obwinionej. Sz.:

– Nie byłam świadkiem zajścia w Hotelu Forum. Wynajmuje pokoje hotelowe. Pani Lucyna mieszkała u mnie cztery lata poprzez biuro kwater prywatnych. To bardzo dobra, uczynna dziewczyna. Nie miałyśmy żadnych scysji – nie pije, nie pali. Nie mam jej nic do zarzucenia. Teraz się rozchorowała na serce i muszę się nią opiekować. Płaciła dwa tysiące złotych. Była statystką w teatrze. Poza tym miała punkt usługowy manicure.

Reklama
Reklama

– Czy ten Japończyk kupił jej mieszkanie?

– Możliwe, on się nazywa Aky.

– A z czego żyła? Przecież zawodu nie wykonuje?

– Miała przyjaciela, który jej pomagał.

Lucyna zaczęła płakać, nie chciała dać dowodu, a w holu było sporo osób. Milicjantka wypychała ją na

Lucyna zaczęła płakać, nie chciała dać dowodu, a w holu było sporo osób. Milicjantka wypychała ją na dwór i krzyczała

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Reklama
Reklama

Kolejni świadkowie obwinionej – pani Alicja S., pielęgniarka. – Mieszkałam z obwinioną w jednym mieszkaniu cztery lata. Pomagałam jej, bo obwiniona jest znerwicowana. Jest pod opieką poradni neurologicznej na Nowowiejskiej.

Świadek Ada W. – Znamy się z pracy w Teatrze Wielkim. Pracujemy jako statystki.

– Byłam 30 maja w Forum z mężem. Pani Lucyna weszła po jakimś czasie do baru w towarzystwie Azjatów. Ukłoniła się, zajęła miejsce obok. Została kulturalnie obsłużona. Po jakimś czasie wyszłam z baru. Mąż poszedł po papierosy. Pani Lucyna wyszła z mężczyznami do holu i usłyszałam krzyk:

– Tyle razy mówiłam, żeby tej prostytutki tu nie wpuszczać!

Lucyna się odwróciła i powiedziała:

– Nie po to moi rodzice przelewali krew za to miasto, żebym ja nie mogła chodzić swobodnie gdzie i kiedy chcę!

Słyszałam, jak ta milicjantka podbiegła do Lucyny i krzyczała:

– Dowód osobisty, ty prostytutko chora wenerycznie.

Lucyna zaczęła płakać, nie chciała dać dowodu, a w holu było sporo osób. Milicjantka wypychała ją na dwór i krzyczała:

– Wynoś się ty wariatko!

Po chwili Lucyna wsiadła do taxi z jednym z tych, z którymi wyszła z baru.

Kobieta z kolegium pyta: – Ile zapłaciła pani w barku za colę i piwo?

– Nie wiem, nie patrzyłam, mąż płacił.

Kobieta z kolegium: - Niemożliwe, żeby nie wiedzieć. Ja zawsze patrzę, ile mój mąż płaci w kawiarni. My to sprawdzimy, ile, co kosztowało. Zapewne świadka tam nie było!

Owszem jacyś cudzoziemcy bywali. Czasami nawet po 11 wieczorem. Ale to nie jest zakazane.

Owszem jacyś cudzoziemcy bywali. Czasami nawet po 11 wieczorem. Ale to nie jest zakazane.

Foto: Narodowe Archiwu Cyfrowe

Nocny manicure

Świadek, pan R., gospodarz domu przy ul. Smolnej, gdzie mieszka obwiniona. – Prowadziła zakład manicure. Jest nawet szyld. Nie słyszałem od lokatorów skarg na obwinioną.

– Czy bywali u niej cudzoziemcy? – pada przewodniczący.

– Nie wiem, ja tam się w te sprawy nie wtrącam.

– Ale już pan zeznawał, że bywali…

– No, pytano mnie w czerwcu, czy bywali. Przyszli do mnie i powiedzieli, że są z wywiadu, i pytali o panią Lucynę. Powiedziałem, że obwiniona jest cichym, spokojnym lokatorem. Nie ma nią żadnych skarg. Jakby były burdy jakieś, to ja bym to wiedział na pewno. Owszem jacyś cudzoziemcy bywali. Czasami nawet po 11 wieczorem. Ale to nie jest zakazane. Zdarzało mi się nawet otwierać drzwi po trzy, cztery razy w tygodniu po 11-ej. Często bywało, że wchodziła z mężczyznami, a oni wychodzili rano. Mieszkańcy mają swoje klucze do klatki, więc ja nie zawsze otwieram. A pani Lucyna nie miała na początku swojego klucza, dopóki nie dorobiłem.

– Czy ci cudzoziemcy przychodzili nocą na manicure? – pyta członkini kolegium.

– Nie pytałem ich o to.

Japończyk kupił za 5 tysięcy dolarów obwinionej mieszkanie

Japończyk kupił za 5 tysięcy dolarów obwinionej mieszkanie

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przecież pracujemy w jednym resorcie

Następny świadek – taksówkarz – pan J.

– Odwiozłem pasażerów pod Forum. Ta pani weszła do taksówki z cudzoziemcem. On powiedział, że ona ma nie jechać. Ona mówiła, żeby jechać prosto. On nie chciał. Ona zaczęła go szarpać za włosy, krzyczała, żeby jechał. Zatrzymał mnie funkcjonariusz z radiowozu. Funkcjonariusz grzecznie poprosił, żeby przeszła do radiowozu. Ona nie chciała wyjść, bo nie chciała z nimi jechać na Wilczą. Po kilkunastu dniach spotkała mnie obwiniona na postoju. Mówiła, że rzuciła mi kartkę na siedzenie, żeby zadzwonił do niej do domu. Pytała, czemu nie zadzwoniłem. Powiedziała, że ma znajomości w KC i ze załatwi, że mi zabiorą koncesję, jeśli nie będzie dobrze zeznawać na jej korzyść. Proszę kolegium o nie podawanie tej pani mego nazwiska i adresu, bo się boję!

Na co przewodniczący dodał: – Pan się boi? Przecież pracujemy w jednym resorcie…

Członek kolegium zapytał, jakie obwiniona zna języki obce. – Wówczas będzie wiadomo, z jakimi cudzoziemcami utrzymywała kontakty i stosunki. Bo wiadomo, że ona jest prostytutką, bo przecież z czytania niewidomej mieszkania by nie kupiła.

Chciała skompromitować funkcjonariuszy MO

 Oskarżał milicjant porucznik. Uważa, że K. znała funkcjonariuszy MO, a poproszona o dowód i kartę „W”, odmówiła okazania, choć powinna się podporządkować. Kobieta samotna w tym lokalu o tej porze może być tylko prostytutką. Stwierdzenie obwinionej, że wszelkie drogi są dobre, by dojść do poprawy sytuacji materialnej, z punktu widzenia społecznego tolerować nie można, ani popierać. 99 procent kobiet układa sobie tak życie, na ile je stać. Odmowa spowodowała zbiegowisko. Obwiniona chciała skompromitować funkcjonariuszy MO. Ciekawe, skąd ma pieniądze, skoro stawia kolację cudzoziemcom. Jak ich nie było stać, to mogli pójść do baru mlecznego.

Obrońca pani Lucyny: – W prawodawstwie PRL prowadzenie kartotek kobiet trudniących się nierządem i domaganie się przedstawienia karty „W” jest extra legis (czyli pozaprawne). Przedstawia zaświadczenie, że obwiniona jest pod opieką szpitala neurologicznego przy Nowowiejskiej.

Członkowie kolegium wczytywali się w milicyjne dokumenty. Japończyk kupił za 5 tysięcy dolarów obwinionej mieszkanie. Dziwiło ich, że w testamencie obwinionej jest zapis mówiący, że ten Japończyk jest jedynym spadkobiercą. Ale nie dziwiło nikogo to, skąd milicja ma takie informacje.

 Słowa milicjantów to wystarczająca podstawa

„Kolegium w świetle zeznań wymienionych świadków uznało wyjaśnienie Obwinionej dotyczące zajścia w dn. 30.V.1975 za wykrętne i nieprawdziwe, a potwierdzeniem faktu przez obwinioną, iż zna świadka M. jako funkcjonariusza MO, świadczy dowodnie, iż celem awantury było publiczne dyskredytowanie tego świadka. (…) Kolegium nie dopatrzyło się żadnych okoliczności łagodzących. Oceniając czyn obwinionej jako znacznie szkodliwy społecznie, a także biorąc pod uwagę jej pasożytniczy tryb życia, kolegium zaniechało wymierzania kary aresztu, jako że obwiniona okazywała szereg dowodów w postaci zaświadczeń lekarskich i jej chorobach i leczeniu się lekarzy psychiatrów. Kolegium uznało czyn obwinionej za chuligański i z tego powodu zmieniło kwalifikację prawną … na art. 51 par. 2 KW i skazało ją na 5 tys. zł grzywny.” Czyli 500 zł więcej niż domagał się oskarżyciel.

Opowieść o kolegium mogłaby być rutynowa. Takie samo podejście do Lucyny, jak w większości PRL-owskich orzeczeń kolegiów. Wina była po stronie obywatela, którego milicja zatrzymała. Milicjanci pełnili swą służbę wzorowo. Byli bez winy. Obywatel ma się podporządkować władzy, czyli Milicji Obywatelskiej. Słowa milicjantów to wystarczająca podstawa do ukarania niepokornego obywatela.

      

Byłam w Mostowskich u komendanta stołecznego. Mówiłam, prosiłam, żeby mnie wykreślili ze swojego rej

Byłam w Mostowskich u komendanta stołecznego. Mówiłam, prosiłam, żeby mnie wykreślili ze swojego rejestru uprawiających zawód prostytutki.

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zmieni tryb życia, to nie będzie miała problemów

Miesiąc później odbyła się rozprawa odwoławcza w II instancji przy Urzędzie Stołecznym Prezydenta Warszawy. Lucyna czekała ubrana z przesadną skromnością. Miała wielki kapelusz, który zdjęła przed wejściem na salę. Była zdenerwowana. Na korytarzu bawiła się … czerwoną biedronką na sznurku, którą ktoś tam zostawił.

Przewodniczył mężczyzna lat ok. 40. W kolegium również dwóch starszych – jeden około 70, drugi powyżej 75. Oskarżycielem jest kobieta porucznik z Komendy Stołecznej MO. Pracę, którą obwiniona wykonywała określili jako pracę prywatną dorywczą. Powtarza się scenariusz…

- Co obwiniona robiła w hotelu? – Lucyna mówiąc płacze, podkreśla, że świadkowie milicjanci kłamią. Dodaje, że milicjantka się na nią zawzięła.

– Ja miałam z nią zajścia wielokrotnie. Byłam w Mostowskich u komendanta stołecznego. Mówiłam, prosiłam, żeby mnie wykreślili ze swojego rejestru uprawiających zawód prostytutki, bo nie mam z tym nic wspólnego od lat. Nie pomagało, M. dopadała mnie przy każdej okazji. Proszę o anulowanie sprawy.

Kolegium odwoławcze nie zmieniło wyroku. Orzekło, że jeżeli obwiniona nie będzie się bywać w hotelach i zmieni tryb życia, to nie będzie miała problemów.

---

Dalszy ciąg opowieści za tydzień

Reklama
Reklama