Warszawski Uniwersytet Otwarty działający od lat w ramach Uniwersytetu Warszawskiego zorganizował spotkanie pasjonatów „Otwarci na talenty”.
Wystawiali malarze, fotograficy, twórcy figurek, krawcy, zbieracze żywych węży, modeli żaglowców. Prorektor Tadeusz Tomaszewski, prezes Polskiego Związku Szermierczego opowiadał o historii białej broni, uczestnicy przeróżnych kursów Uniwersytetu Otwartego prezentowali umiejętności swoje i swoich uczniów.
Reklama
Reklama
Stał
Zawisza Czarny i rycerza. Nikt nie wiedział skąd
W ramach stoisk kolekcjonerów zaprezentowałem maleńki wycinek swojego zbioru figurek. Na stoisku ustawieni byli rycerze konni, tarczownicy, wojowie, kusznicy. Stał Zawisza Czarny, książę Witold i rycerze krzyżaccy. Dzieci najbardziej interesowały zwierzęta. Pytano mnie o to, czy sam te figurki zrobiłem, czy sam je pomalowałem, czy można je kupić. Nikt ze zwiedzających nie wiedział – a oglądali nie tylko młodzi ludzie – że zaprezentowałem kolekcję figurek produkowanych od lat 60. do 90. przez Polski Związek Głuchych.
Wiele figurek miało dopinane detale – kusze, miecze, tarcze, husarze skrzydła, kropierze kopie.
Te – wówczas – zabawki były dostępne w kioskach „Ruchu”, w sklepach z zabawkami. Były różne serie, bajecznie kolorowe, unaoczniające różne momenty polskiej historii, ale też historii w ogóle. Były też figurki niemalowane (srebrne i złote), które można było malować samemu, lub mieć je w takim kolorze, w jakim je wyprodukowano.
Przedstawiały wojów, rycerzy, husarię, muszkieterów, ułanów z czasów napoleońskich, żołnierzy z Królestwa Kongresowego, polskich konnych ułanów z II Rzeczpospolitej, żołnierzy II wojny światowej – załogę czołgu „Rudy” z serialu „Czterej pancerni i pies”, a także Indian i kowbojów, polowania na niedźwiedzia, można było kupić pieszego i konnego Zorro, sierżanta Garcie, były serie ludzi Robin Hooda i jego przeciwnika szeryfa z Nottingham i – to już w późniejszym okresie – figurki samurajów.
Reklama
Reklama
Reklama
W końcu lat siedemdziesiątych została wyprodukowana seria rycerzy konnych. Nikt nie wie, ile było różnych póz.
Foto: Jarosław J. Szczepański
Z
MARS-a do Ruchu
Polski Związek Głuchych, który ma siedzibę w Warszawie dziś przy Białostockiej 4, kiedyś przy Jezuickiej 1/3, produkował figurki w kilkunastu swoich zakładach na terenie całej Polski. Na wielu figurkach były na podstawkach umieszczone numery figurek z serii i oznakowane były przez producenta nie tylko sygnaturą producenta, ale też numerem zakładu produkcyjnego. PZG SP, czyli Polski Związek Głuchych Spółdzielnia Pracy, lub Z.S.P. – P.Z.G. WARSZAWA, czyli Zakład Szkolno-Produkcyjny Polskiego Związku Głuchych Warszawa.
Mieścił się on w rejonie ulicy Św. Wincentego za cmentarzami bródnowskimi przy Cmentarnej 11. Tam odbywała się główna produkcja figurek. Tam też przyjeżdżali chałupnicy (taka dziwna forma oficjalnego zarabiania w PRL) i brali tysiące figurek i farby, po czym malowali je i odwozili do magazynu z powrotem. Dopiero za pomalowane figurki otrzymywali wynagrodzenie. A z magazynu trafiały one do sklepów zabawkarskich czy kiosków „Ruchu”. Drugim około warszawskim miejscem produkcji figurek był zakład PZGł w Michalinie.
Głównym dystrybutorem żołnierzyków do najodleglejszych zakątków kraju była Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa Książka Ruch” – największa spółdzielnia w układzie warszawskim, której 97 procent udziałów posiadał Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (pozostałe 3 procent partyjne przybudówki młodzieżowe ZMS). Miała ona w czasach PRL największą sieć sprzedaży detalicznej w Polsce – kilkadziesiąt tysięcy punktów sprzedaży – nie tylko kiosków, ale i wielu salonów.
Figurki produkowane przez Polski Związek Głuchych projektowane były przez Ryszarda Morawskiego – plastyka, malarza batalistycznego, rysownika (na fotografii z Facebooka w swojej pracowni). Zmarły kilka lat temu twórca figurek polskich żołnierzy z różnych epok pochodził z rodziny zajmującej się przed II wojną światową, produkcją figurek żołnierzyków firmy MARS.
Reklama
Reklama
Wiele figurek miało dopinane detale – kusze, miecze, tarcze, husarze skrzydła, kropierze kopie. Dziś wielu kolekcjonerów, a są nie tylko w Polsce, ale i na świecie, stara się zdobyć najbardziej serie sygnowane.
Dwie
odmiany Księcia Witolda, trzy kolory spodni
Seria nr 1 to byli wojowie Bolesława Chrobrego:
1-1 tarczownik w kolczudze, z mieczem w ręku bez topora. Jest w tej samej pozie, co tarczownicy z toporami;
1-2 pieszy oszczepnik w sukmanie z tarczą okrągłą i oszczepem wyjmowanym;
1-3 pieszy z mieczem opuszczonym i tarczą okrągłą – ten w tej serii jako jedyny nie miał żadnego elementu dopinanego – był i jest bardzo rzadki;
Reklama
Reklama
1-4 pieszy w sukmanie z tarczą owalna podłużną i wyjmowanym toporem;
1-5 pieszy oszczepnik biegnący z wyjmowanym oszczepem z okrągłą tarczą;
1-6 pieszy oszczepnik w sukmanie z tarczą owalną podłużną i oszczepem.
Fragment kolekcji autora przedstawiony na spotkaniu Uniwersytetu Otwartego
Foto: Jarosław J. Szczepański
Seria 2 to byli wojowie z drużyny książęcej Bolesława Krzywoustego. Wszyscy mają identyczne hełmy:
Reklama
Reklama
2-1 pieszy w zbroi z tarczą i wyjmowanym oszczepem;
2-2 pieszy w kolczudze z hełmem w prawym ręku ma wyjmowany topór, a w lewym róg, w który dmie;
2-3 łucznik z łukiem mającym cięciwę i ogromna strzałę;
2-4 pieszy rycerz w zbroi podobnej do tego łucznika – ma w ręku miecz podniesiony do góry;
2-5 pieszy w zbroi i sukmanie z tarczą podłużną podniesioną i wyjmowanym oszczepem;
Reklama
Reklama
2-6 woj w hełmie, w zielonej sukmanie, z mieczem podniesionym w górę i tarczą podłużną.
Seria 3 to byli kusznicy, czyli wojownicy XV-wieczni, wszyscy mają miecze wpinane w dziurkę i dopinane z tyłu, oprócz jednego, który mając miecz w ręku miał dopinaną samą pochwę.
3-1 z wyjmowaną kuszą;
3-2 z kuszą, którą napina trzymaną podniesioną nogą;
Reklama
Reklama
3-3 w lewej ręce ma kuszę wyjmowaną, w prawym miecz i z tyłu ma dopinaną pochwę;
3-4 z kuszą dopinaną, którą trzyma na ramieniu.
3-5 ma wkładaną w dwie dziurki na plecach pawęż oraz miecz w pochwie, a w ręku ma kuszę;
3-6 w ręku ma kuszę wklejoną, która raczej nigdy nie była wyjmowana.
Podobno był też zaprojektowany i zrobiony oznaczony numerem PZG nr 4-2 – Strażnik pałacowy – gwardzista Zygmunta II Augusta. To był rarytas i dziś jest marzeniem kolekcjonerów.
Średniowieczni łucznicy produkowanych w Polskim Związku Głuchych mieli trzy kolory spodni: czerwony, niebieski, zielony oraz dwa kształty podstawek: owalny i prostokątny.
Ci wojownicy, których opisałem występowali też w masowej produkcji w innych wersjach – również bez sygnatur producenckich. Tarczownik z mieczem jest zdecydowanie rzadszy niż z toporem, ale ci z toporem występują w co najmniej czterech odmianach. Różnice dotyczą stroju i wyposażenia i nie są one wcale drobne. To był efekt nie tylko tego, że w zakładach formy się psuły. Wówczas zazwyczaj Ryszard Morawski robił nowy projekt, często różniący się w detalach od pierwowzoru. Tak było np. z Księciem Witoldem, który występował w dwóch odmianach różniących się nie tylko koniem, ale i kształtem tarczy i miecza.
Na wielu figurkach były na podstawkach umieszczone numery figurek z serii i oznakowane były przez producenta nie tylko sygnaturą producenta, ale też numerem zakładu produkcyjnego.
Foto: Jarosław J. Szczepański
W końcu lat siedemdziesiątych została wyprodukowana seria rycerzy konnych. Nikt nie wie, ile było różnych póz. Rycerze na ogół kiepsko pasują na konie. Mają miecze, czasami kopie, mają hełmy najczęściej z opuszczonymi przyłbicami, ale też było wiele figurek z podniesionymi przyłbicami. Rycerzy z mieczem były trzy typy. Malowane fabrycznie mają zazwyczaj tarcze gładkie. Ale też było wielu z widocznymi i malowanymi znakami na tarczach, mieli też różne rodzaje zbroi.
Husarskie
skrzydła – marzenie kolekcjonerów
W 1976 roku pisałem w „Expressie Wieczornym”:
„Plastyk musi figurkę wymodelować, nadać jej dynamikę ruchu. Duże kłopoty sprawia projektowanie koni. Nie zawsze udaje się stworzyć wrażenie autentyczności postaci galopującego czy kłusującego zwierzęcia.
Po zatwierdzeniu wzoru przez Komisję Oceny Zabawek i specjalistów z Muzeum Wojska Polskiego do pracy przystępuje grawer. Do niego należy przygotowanie metalowej formy, do której później wtryskuje się masę plastyczną. Koszt takiej formy waha w granicach 50 do 100 tysięcy złotych. Niewielu grawerów podejmuje się tej roboty ze względu na jej ogromną pracochłonność.”
W moich zbiorach jest wiele figurek, które kupiłem niemalowane. Zapewne była to jakaś końcówka produkcji, któregoś z zakładów. Tu najwięcej było różnych tarcz i różnych kształtów podstawek.
Husarze produkowani w PZGł mieli wyjmowane kopie a nawet husarskie skrzydła! Dziś znalezienie kompletnej figurki husarza jest marzeniem kolekcjonerów. Na aukcjach internetowych oryginalne figurki ze znakiem PZGł osiągają wysokie ceny, a nabywców nie brakuje.
Zginęły
polskie wzorce, zagraniczne figurki nie narzekają na brak zbytu
Zapewne ze względów czysto ekonomicznych Polski Związek Głuchych zaprzestał w latach 90. Produkcji figurek. Może wydawało się, że nie będzie nabywców, a może tak wzrosły koszty malowania, że zanosiło się na to, iż w efekcie produkt będzie nieopłacalny. Zaginęły nie tylko formy do wtryskiwania (najcenniejszy, bo najtrudniejszy do wykonania element przy produkcji takich figurek), zaginęły wzorce, a dziś w świecie kolekcjonerzy zbierają nie tylko takie plastikowe figurki, ale zainteresowaniem cieszą się figurki metalowe. Ich producenci – z Ukrainy, Chin, Rosji nie narzekają na brak zainteresowania, a malowane figurki cieszą się zainteresowaniem w Europie i w Stanach.
O innych okołowarszawskich producentach figurek napiszę również wkrótce.