Warszawa dąży do bycia „zieloną metropolią”, a jak się okazuje obecny system odbioru elektrośmieci i gabarytów faworyzuje… posiadaczy samochodów. Mieszkańcy bez aut odbijają się od bram punktów zbiórki odpadów.
Władze stolicy od lat wdrażają ambitne plany ekologiczne i zachęcają mieszkańców do dbałości o środowisko. Segregacja śmieci stała się codziennością Warszawiaków. Urzędnicy kładą duży nacisk na to, aby problematyczne odpady trafiały do specjalnie wyznaczonych miejsc. Teoretycznie wszystko działa sprawnie. W praktyce rygorystyczne przepisy i niedostosowana infrastruktura uderzają w osoby, które na co dzień nie korzystają z samochodów.
Reklama
Reklama
PSZOK tylko dla zmotoryzowanych
Punkty Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych są kluczowym elementem warszawskiego systemu gospodarki odpadami. To tam powinny trafiać stare meble, zużyte lodówki czy puszki po farbach. Na mapie Warszawy funkcjonuje kilka takich stacjonarnych baz.
Proekologiczna Warszawa wymaga posiadania auta przy próbie legalnego recyklingu
Znajdują się one między innymi przy ulicy Płytowej na Białołęce, Zawodzie na Mokotowie oraz Kampinoskiej na Bielanach. Wszystkie te miejsca łączy jedna wspólna cecha. Zostały one zaprojektowane z myślą o ruchu kołowym. Samochody wjeżdżają tam na specjalne rampy, skąd kierowcy wyrzucają odpady do odpowiednich kontenerów.
Dla osób poruszających się pieszo kontenery PSZOK pozostają niedostępne
Foto: zyciewarszawy.pl
Reklama
Reklama
Reklama
Dla osób poruszających się pieszo te bazy są jednak niedostępne. Na terenie wielu punktów brakuje wydzielonych i bezpiecznych chodników. Obsługa obiektów często odmawia przyjęcia odpadów od osób niezmotoryzowanych. Tłumaczy to względami bezpieczeństwa oraz przepisami higieny i bezpieczeństwa pracy. W efekcie seniorzy lub osoby świadomie rezygnujące z posiadania auta są pozbawione możliwości legalnego pozbycia się trudnych frakcji śmieci. Mieszkaniec, który przyniesie niesprawną mikrofalówkę lub stary monitor w rękach, może zostać odprawiony z kwitkiem.
Wielki paradoks warszawskiej polityki
Sytuacja ukazuje głęboki rozdźwięk w działaniach warszawskiego ratusza. Z jednej strony miasto kładzie ogromny nacisk na ograniczanie ruchu samochodowego. Urzędnicy zwężają jezdnie i likwidują kolejne miejsca parkingowe. Wprowadzono także Strefę Czystego Transportu, która eliminuje z ulic starsze pojazdy. Warszawa promuje transport publiczny oraz jazdę na rowerze jako jedyne właściwe i ekologiczne wybory.
Mobilne punkty nie są w stanie zastąpić tradycyjnych, dużych baz stacjonarnych.
Z drugiej strony ta sama proekologiczna Warszawa wymaga posiadania auta przy próbie legalnego recyklingu. Sytuacja staje się kuriozalna. Aby być dobrym obywatelem i prawidłowo zutylizować gabaryt, trzeba skorzystać z transportu samochodowego. Często do przewozu gruzu czy starych mebli używa się starszych furgonetek. Są to dokładnie te same pojazdy, które miasto stara się usunąć ze swoich ulic.
Mieszkaniec, który przyniesie niesprawny mikrofalówkę lub stary monitor w rękach, może zostać odprawiony z kwitkiem
Foto: mat. pras.
Mit mobilnych punktów odbioru
Władze miasta często wskazują na Mobilne Punkty Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych jako rozwiązanie problemu. Są to specjalne pojazdy, które parkują w określonych dniach i godzinach w różnych częściach każdej dzielnicy. Liczba tych lokalizacji sukcesywnie rośnie. Jednak ta forma zbiórki ma bardzo poważne ograniczenia funkcjonalne.
Reklama
Reklama
Mobilne punkty nie są w stanie zastąpić tradycyjnych, dużych baz stacjonarnych. Przyjmują one jedynie małe odpady, takie jak zużyte baterie, żarówki, termometry czy resztki chemii domowej. Pracownicy tych pojazdów nie odbiorą od mieszkańca starej kanapy, szafy czy gruzu poremontowego. Ciężarówki nie mają odpowiedniej ładowności ani przestrzeni do magazynowania dużych przedmiotów. Rozbudowa sieci mobilnych punktów nie rozwiązuje więc problemu zalegających na osiedlach mebli i dużego sprzętu gospodarstwa domowego.
W efekcie warszawskie osiedla zmagają się z plagą porzucanych mebli i sprzętów domowych. Symbolem współczesnego remontu w stolicy stały się tak zwane big-bagi, czyli ogromne worki na gruz. Wiele takich obiektów jest stawianych na chodnikach, trawnikach i miejscach parkingowych bez żadnych zezwoleń.
Kontenery i worki stoją na ulicach przez wiele dni. Szybko stają się one osiedlowymi śmietnikami. Inni mieszkańcy podrzucają do nich zwykłe odpady czy resztki jedzenia, a rozkładające się resztki przyciągają na osiedla dzikie zwierzęta.
Wśród mieszkańców niestety często panuje poczucie bezkarności za podrzucanie odpadów.
Potrzeba zmian i nowe rozwiązania
Radna Marta Szczepańska w swojej interpelacji wskazuje na konkretne rozwiązania, które mogłyby uzdrowić tę sytuację. Proponuje między innymi wprowadzenie elastycznego systemu odbioru gabarytów na żądanie. Zamiast sztywnych harmonogramów wywozu, mieszkańcy mogliby zgłaszać potrzebę odbioru starych mebli. Miasto odbierałoby takie odpady w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od zgłoszenia. Pozwoliłoby to na bieżąco likwidować dzikie składowiska pod blokami oraz umożliwiło legalną utylizację odpadów niezmotoryzowanym mieszkańcom.
Ostatnim elementem całej układanki jest skuteczność egzekwowania prawa. Wśród mieszkańców niestety często panuje poczucie bezkarności za podrzucanie odpadów. Porzucenie starej kanapy pod osiedlową wiatą wydaje się prostsze i tańsze niż organizowanie transportu do odległego punktu zbiórki. Radna Szczepańska domaga się od urzędu miasta przedstawienia danych liczbowych. Chodzi o statystyki mandatów nałożonych przez Straż Miejską za nielegalne porzucanie śmieci.