Słonica Erna powróciła do swojego stada. W słoniarni warszawskiego zoo stanął wydrukowany na drukarce 3D, w skali 1:1, szkielet słonicy Erny, która rządziła stadem warszawskim słoni w latach 2009 - 2020.

Niezwykły szkielet z drukarki 3D w warszawskim zoo

W czwartek w słoniarni warszawskiego ogrodu zoologicznego oficjalnie zaprezentowano szkielet słonicy afrykańskiej Erny wydrukowanej na drukarkach 3D. Kości słonicy zostały oczyszczone i wygotowane (trzeba było do tego zbudować specjalny kocioł), a następnie zeskanowane i wydrukowane na drukarkach. Jest to więc odwzorowany 1:1 szkielet Erny.

Wiceprezydent Warszawy Magdalena Młochowska zaznaczyła, że jest to projekt unikatowy, który łączy ze sobą nowoczesne technologie z edukacją przyrodniczą. - Ważne jest, by angażować i inspirować mieszkańców do świadomej ochrony przyrody i myśleć o tym, jak ważna jest bioróżnorodność - dodała.

- Warszawskie zoo już prawie od 100 lat jest ważnym punktem na mapie miasta stołecznego Warszawy. Jest oczywiście miejscem rekreacji, ale też bardzo ważną instytucją z punktu widzenia ochrony gatunków zagrożonych wyginięciem - podkreśliła Młochowska.

Historia słonicy Erny: Z Afryki do warszawskiej słoniarni

Dyrektor warszawskiego zoo Andrzej Kruszewicz opowiedział o Ernie. Jej historia zaczyna się w Zimbabwe, gdzie przyszła na świat około 1985 r. i jako młode słoniątko została osierocona w wyniku odstrzałów redukcyjnych. Stamtąd trafiła do Holandii.

- Była to słonica absolutnie wyjątkowa i charyzmatyczna. Przyjechała do nas z Beekse Bergen w Holandii. Tam zdenerwował ją opiekun i zgniotła go na śmierć. Zrobiła to rozmyślnie. Tam już nie mogła w związku z tym zostać i dzięki temu dostaliśmy słonia dorosłego - powiedział. Wyjaśnił, że w warszawskim zoo jest tzw. kontakt chroniony czyli zawsze jest bariera pomiędzy człowiekiem a słoniem. Natomiast w Beekse Bergen jest kontakt bezpośredni.

Dyrektor przypomniał, że w tym czasie w warszawskim zoo była grupa „rozbrykanych” słoni: dwóch samic Buby i Fryderyki oraz Leona. - Trzeba było dla nich szefa. Przyjechała Erna i byliśmy ciekawi, jak to się będzie odbywało. Zajęło jej dwa tygodnie podporządkowanie młodych słoni. W ciągu tygodnia obie słonice przynosiły jej gałęzie, jako gałązki pokoju. Leon jeszcze rozrabiał, trąbił i buczał, ale dostał kilka razy trąbą od Erny i ona została szefem - dodał.

Pożegnanie "Żelaznej Damy" i wspomnienia opiekunów

Niestety, 7 marca 2020 r. jej serce odmówiło posłuszeństwa i Erna odeszła na zawsze. - Erna, jak się okazało, miała wadę serca. Trzy razy zasłabła. Dwa razy podnosiła ją straż pożarna i ona współpracowała z nimi, natomiast za trzecim razem nie chciała, po prostu leżała. Wyraźnie się poddała i nie chciała już wstać - podkreślił Kruszewicz. Opiekunowie pozwolili po jej śmierci pożegnać się z nią innym słoniom - samice czuwały nad jej ciałem przez cała noc.

Kierownik sekcji megafauna w warszawskim zoo Patrycja Kasprzak, która zaczynała pracę, gdy Erna jeszcze żyła również wspominała słonicę. - To od niej uczyłam się opieki nad słoniami. Erna przede wszystkim uczyła opiekunów pokory. Miała etykietę słonia niebezpiecznego, na którego trzeba bardzo uważać. Ale była słoniem, który wymagał poświęcenia mu czasu. Erna pod koniec życia potrafiła znacznie więcej niż teraz potrafią nasze słonie. Pozwalała zrobić przy sobie wszystko - powiedziała.

Zaznaczyła, że Erna nie tylko zarządzała słoniami, ale również opiekunami. - To ona decydowała jak będzie wyglądał nasz dzień. Jeśli czegoś nie chciała, bo nie miała nastroju, to musieliśmy to zaakceptować. Miała mocny charakter, mówiliśmy na nią „żelazna dama” - dodała.

Podkreśliła, że według niej słonie mają jedną wadę - wybaczają. - I Erna była takim przykładem. Wybaczyła wszystko, co ją spotkało wcześniej w życiu - powiedziała. Podkreśliła, że praca z Erną w jej ostatnich latach to był zaszczyt.

Lata prac nad rekonstrukcją i ochrona gatunków zagrożonych

Kierownik Lecznicy Weterynaryjnej Agnieszka Czujkowska podkreśliła, że słonie to niezwykli pacjenci, gdyż jeśli chcą, to współpracują, jeśli nie chcą, to nie współpracują. - Erna była niezwykłym słoniem ponieważ chciała współpracować i robiła to z własnej woli. Tym szkieletem chcieliśmy pokazać, jak niesamowite są słonie i jak ważna jest ich ochrona. Słonie nie mogą zniknąć, muszą zostać bo są ważne dla ekosystemu - zaznaczyła.

Szkielet Erny powstał dzięki współpracy z firmą Sygnis. Andrzej Burgs, prezes Sygnis, zaznaczył, że praca nad szkieletem rozpoczęła się sześć lat temu. - To były lata skanowania i poprawek. Pracowało nad tym projektem kilkadziesiąt drukarek przez wiele miesięcy. Zaangażowanych było mnóstwo ludzi - dodał.

Dyrektor zoo zaznaczył, że kiedyś opiekunowie w zoo nie rozumieli słoni afrykańskich, bo w ogrodach zoologicznych były tylko słonie indyjskie. - Afrykańskie okazały się znacznie trudniejsze, żyją w zupełnie inny sposób. Tutaj jest matriarchat - samica dominuje, są też jej córki, wnuczki, prawnuczki, a samce są przywoływane specyficznym mruczeniem nawet z odległości 20 km - dodał.

Opowiedział też ciekawostkę o słoniach. - Słonie chodzą na palcach. Pomiędzy palcami jest poduszeczka z tkanki łącznej, która amortyzuje każdy ruch i odbiera sygnały z podłoża - wyjaśnił.

Zwrócił też uwagę na zbiórkę prowadzoną przez funkcjonującą przy zoo fundację Panda, która zbiera pieniądze dla Black Mambas - to kobiety mieszkające w Afryce i chroniące zwierzęta przed kłusownikami.

W Warszawie mieszkają teraz trzy słonie: Fryderyka i Buba oraz samiec Leon.

Słoń afrykański to gatunek zagrożony wyginięciem. Zwierzęta są zagrożone w wyniku niszczenia środowiska i kłusownictwa. Zabijanie dla kości słoniowej, skór i mięsa, nierzadko dla sportu doprowadziło do spadku populacji słoni z kilku milionów do 700 tys. osobników w 1989. Obecnie słoń afrykański jest chroniony przepisami konwencji waszyngtońskiej (CITES).